Średnio w kraju podwyżka wynosi 8,9 proc., ale dla odbiorców indywidualnych będzie to 5–7 proc. Najboleśniej skutki wprowadzenia nowego cennika od połowy lipca odczują osoby ogrzewające domy gazem oraz przemysł – zwłaszcza zakłady chemiczne, które rocznie zużywają 2,5 mld m sześc. surowca.
Jak mówi dyrektor biura Polskiej Izby Przemysłu Chemicznego Jerzy Majchrzak, podwyżka negatywnie wpłynie na opłacalność produkcji. – W wielu produktach gaz stanowi 40–60 proc. kosztów wytworzenia, zatem podwyżka cen powoduje spadek zyskowności nawet o 3?proc. – wyjaśnia. – Wprawdzie na rynku jest koniunktura i rentowność zakładów chemicznych wynosi od 5–10 proc., ale drożeje nie tylko gaz, także inne składniki.
Majchrzak przypomina, że czas wprowadzenia podwyżki jest wyjątkowo niekorzystny, gdyż sezonowo spada zapotrzebowanie na nawozy. – Najwyższy popyt jest w I i III kwartale każdego roku – dodaje.
Majchrzak uważa, że jeśli gaz nadal będzie drożał, to podwyżka cen nawozów może zahamować popyt na nie: – Już w 2008 r. mieliśmy do czynienia z taką sytuacją, gdy ceny gazu również wzrosły, co skończyło się fatalnie dla całej branży.
Zakłady azotowe mają 15- proc. udział w sprzedaży gazu przez PGNiG, a około 9 proc. przypada na energetykę.
Gazowy potentat zabiegał o podwyżkę cen surowca od lutego, licząc najpierw, że zdoła ją wprowadzić już od kwietnia. Ale negocjacje z regulatorem przedłużały się i PGNiG złożyło nawet drugi wniosek taryfowy, poza tym na podobny krok zdecydowały się też należące do grupy kapitałowej spółki dystrybucyjne.
Zdaniem wiceministra skarbu Mikołaja Budzanowskiego, skala wzrostu cen jest i tak zaskakująco niska, zwłaszcza jeśli weźmiemy pod uwagę sytuację na rynku naftowym. – PGNiG przez pół roku sprzedawało gaz po zaniżonej cenie, według taryfy skalkulowanej, gdy baryłka ropy kosztowała 81 dolarów, a od lutego jej notowania utrzymują się na poziomie powyżej 110 dolarów – wskazuje Mikołaj Budzanowski.