Tej decyzji trudno się dziwić, na Catalyst obligacje Rokity są bardzo płynne, a transakcje zawiera się przy rentowności nawet poniżej 6,5 proc. Jest to więc kolejny przykład realizacji oczekiwanego przeze mnie trendu – ograniczania rentowności obligacji w miarę napływu na rynek nowych inwestorów, „podsyłanych" głównie przez banki, które obcinają oprocentowanie depozytów bankowych. Ktoś, kto dziś wchodzi na rynek obligacji korporacyjnych, nie będzie kręcił nosem na to, że teraz może zarobić 7,5 proc., a wcześniej było to 9 proc. Prędzej będzie zachwycony możliwością podwojenia (albo więcej) swoich przychodów odsetkowych, które otrzymywał dotąd na lokacie. Inna sprawa, że ze względu na niski nominał (100 zł) i wysoką płynność obligacje Rokity na Catalyst pełnią także wyjątkową rolę „podbieraka" wolnych środków, które znajdują się na rachunkach drobnych inwestorów. Jeśli ktoś ma na rachunku kilkaset złotych (np. z otrzymanej płatności odsetkowej), nie bardzo ma możliwość zainwestowania ich sensownie w obligacje korporacyjne (przeważają nominały 1000 zł), a już na krótki termin (np. na pół roku w oczekiwaniu na kolejną płatność odsetkową) prawie żadnej. Wybór pada więc na papiery Rokity, które oferują niski nominał – nie ma więc problemu z zainwestowaniem np. 500 zł – i płynność pozwalającą na łatwe wycofanie się z inwestycji. Stąd rentowność na poziomie 6,5 proc. jest akceptowalna przez inwestorów, bo jest traktowana dosłownie jako zamiennik krótkoterminowej lokaty bankowej (nad założeniem której trzeba się trochę natrudzić – wycofać środki z rachunku maklerskiego, założyć ją, później zerwać i ponownie skierować środki na rachunek). Stąd właśnie popularność tych papierów na rynku wtórnym.