Program Rodzina 500+ po ponad pięciu latach od jego uruchomienia nie przestaje budzić kontrowersji. Jasne jest, że jego zasadniczy cel – zwiększenie dzietności – nie został osiągnięty. Co do tego złudzeń nie ma już nawet rząd PiS. Z drugiej strony do gospodarstw domowych w ramach tego „absolutnie rewolucyjnego" programu (to słowa Marleny Maląg, minister rodziny i polityki społecznej) trafiło już ponad 150 mld zł, a to musiało wywołać jakieś skutki społeczno-ekonomiczne. Problem w tym, że były to skutki zarówno pozytywne, jak i negatywne, a powszechny charakter i sposób wprowadzenia programu utrudnia ich oszacowanie – na co wielu ekonomistów zwracało uwagę już w 2016 r. Sprawę komplikuje dodatkowo to, że oceny wymagają też koszty alternatywne programu 500+. Redukcję ubóstwa czy poprawę sytuacji bytowej dzieci w Polsce dałoby się prawdopodobnie osiągnąć innymi metodami, często tańszymi, a zaoszczędzone w ten sposób środki przeznaczyć na inne cele społeczne. Jednocześnie powszechność świadczeń dla rodzin (korzysta z nich ponad 6,5 mln dzieci) sprawia, że wrosły one mocno w oczekiwania społeczne. To zaś do dyskusji o 500+ wprowadza komponent emocjonalny, który utrudnia ocenę faktów.