Polska gospodarka ma pędzić na „ścianę”, a wzrost rentowności być karą za brak konsolidacji fiskalnej i wciąż wysokie deficyty. Nastroje lękliwych podgrzewa globalna wyprzedaż obligacji oraz mizerna interwencja Departamentu Skarbu, który zapowiedział zwiększenie buybacków długoterminowych papierów. Taka interpretacja, choć nośna medialnie, jest jednak zbyt prosta: od eskalacji w Zatoce Perskiej dochodowość papierów wzrosła globalnie w zbliżonym stopniu, również w krajach o zróżnicowanej sytuacji fiskalnej. Rentowności długich papierów to nic innego jak oczekiwana przez rynek ścieżka krótkich stóp, a państwo będące emitentem waluty, posiadające niezależną politykę pieniężną oraz urynkowiony kurs, nie może zbankrutować na długu w tej walucie. Oponenci tej tezy często powołują się na Rumunię jako kontrprzykład, natomiast nie jest to zasadna analogia.
Jeszcze kilka lat temu Rumunia uchodziła za jedną z modelowych gospodarek regionu. Szybki wzrost wynagrodzeń, poprawa sytuacji na rynku pracy i dynamicznie rosnąca konsumpcja pozwalały jej błyskawicznie doganiać rozwinięte gospodarki Zachodu. Problem w tym, że krajowa produkcja i produktywność nie nadążały za rosnącym popytem. Coraz większa część konsumpcji szła w import, co przełożyło się na permanentny deficyt na rachunku obrotów bieżących. Taki model, choć może
funkcjonować przez długi czas, uzależnia gospodarkę od napływu kapitału zagranicznego. Dopóki finansowanie płynie szerokim strumieniem, nierównowaga pozostaje pod kontrolą; gdy jednak rośnie ryzyko kraju, presja szybko przenosi się na kurs walutowy i rentowności.
Punktem zwrotnym okazały się lata 2021–2022. Popandemiczne odbicie popytu, zerwane łańcuchy dostaw, a następnie wybuch pełnoskalowej wojny na Ukrainie i związany z nim gwałtowny wzrost cen energii wywołały silny impuls inflacyjny. W listopadzie 2022 r. inflacja w Rumunii sięgnęła 16,76 proc., a znajdujący się pod presją rumuński rząd zdecydował się na kosztowne programy osłonowe, w tym zamrożenie cen energii. Początkowo wysoka inflacja paradoksalnie poprawiła sytuację budżetu poprzez nominalny wzrost wpływów podatkowych, jednak gdy dynamika cen zaczęła spadać, a wydatki socjalne pozostały na wysokim poziomie, odsłonił się ogromny deficyt strukturalny. Co więcej, wspomniane programy osłonowe zwiększyły krajowy popyt, którego część, przy niewystarczających możliwościach krajowej produkcji, trafiła na import. W ten sposób deficyt budżetowy zaczął pogłębiać istniejącą już nierównowagę na rachunku obrotów bieżących. W efekcie rosnące potrzeby pożyczkowe państwa nałożyły się na strukturalne uzależnienie całej gospodarki od kapitału zagranicznego.
Tym, co okazało się katem, była struktura rumuńskiego zadłużenia. Na koniec 2025 r. 53 proc. długu sektora publicznego było denominowane w walutach obcych. Rumunia jest emitentem leja, ale nie emituje euro, dlatego osłabienie krajowej waluty bezpośrednio zwiększa ciężar obsługi zobowiązań w przeliczeniu na RON. Jednocześnie słabsza waluta podnosi koszt importu, w tym energii, co z kolei utrwala presję inflacyjną i ogranicza przestrzeń banku centralnego do obniżek stóp. Rumunia nie jest więc dobrym przykładem kraju, który mimo własnej waluty znalazł się w kryzysie zadłużeniowym. Jest raczej przykładem gospodarki, w której wysoki deficyt budżetowy, trwały deficyt na rachunku obrotów bieżących i duży udział długu walutowego stworzyły kombinację realnie zwiększającą zależność od kapitału zagranicznego.