Wizyta dyrektora CIA w Moskwie doprowadziła do intensyfikacji działań sabotażowych w Europie. Dopiero co w Rumunii dron wodny próbował uszkodzić infrastrukturę gazową, a zaraz potem media obiegły informacje o kaskadzie ataków na niemiecką infrastrukturę energetyczną. Nie należy zatem się dziwić, że rynki finansowe zaczęły się zastanawiać, czy czeka nas powtórka z 2021 roku, kiedy jesienna wizyta dyrektora CIA wyprzedziła wiosenną ofensywę na Kijów. Największą różnicą względem tej analogii jest brak jakiejkolwiek większej koncentracji wojsk przez Rosjan. Ponadto przesunięto duże ćwiczenia na połowę przyszłego roku. Szereg analityków specjalizujących się w obronności wskazuje, że pod względem ciężkiego sprzętu Rosjanie byliby zdolni otworzyć zupełnie nowy front. Wciąż jednak sprzęt wojskowy nie jest autonomiczny, dlatego nie dość, że potrzeba ludzi, to muszą być oni do tego chociaż w minimalnym stopniu wyszkoleni. Dużej fali mobilizacyjnej można spodziewać się dopiero pod koniec bieżącego roku, już po wyborach do rosyjskiej Dumy. Wówczas potrzebne jest około 6 miesięcy dla osiągnięcia wystarczającego stopnia operacyjności formowanych zgrupowań. Wydaje się zatem, że realne zagrożenie eskalacją na poziomie militarnym pojawi się dopiero w połowie przyszłego roku, o ile oczywiście dotychczasowe procesy się utrzymają. Nie niweluje to jednak ryzyka rosnących napięć już w najbliższych miesiącach. Można się wręcz spodziewać intensyfikacji działań poniżej progu wojny. A to wszystko za sprawą zbliżających się wyborów w USA i Rosji. Stymulowany niepokój społeczny jest po prostu jednym z narzędzi prowadzenia przez Rosjan polityki zagranicznej i negocjacji z głównymi partnerami. Nietrudno sobie wyobrazić, jaka panika zapanowałaby w Europie, gdyby doszło do poważnego kryzysu energetycznego i zaczęłyby pojawiać się niedobory prądu czy paliwa. Kolejne sabotaże należy więc czytać jako lewar na decyzje polityczne, a nie przygotowania do wojny. Spekuluje się również, że asem w talii Rosjan jest zdeponowanie irańskich zasobów nuklearnych.

Z kolei Zachód nadzieję może pokładać w Białorusi. Reżim Łukaszenki jest niechętny do aktywnego zaangażowania w wojnę, dlatego, chcąc jej zapobiec, może odpowiednio szybko demonstracyjnie pokazać koncentrację wojsk, licząc na lustrzane działanie NATO, które zapobiegłoby rozpoczęciu działań zbrojnych. Mimo wszystko, wydaje się, że najbliższe tygodnie mogą przebiec pod dyktando wzrostu awersji do naszego rynku, szczególnie dla dużych spółek. W przypadku małych pojawia się światełko w tunelu – coraz lepsze dane gospodarcze z Niemiec.