https://pbs.twimg.com/media/HHuKeFeXsAUQ-z3?format=jpg&name=900x900

– Przez ostatnie dwa miesiące traktowaliśmy napięcia wokół Zatoki Perskiej jako poważny, ale jednak przejściowy szok podażowy o ograniczonych konsekwencjach dla prognoz inflacyjnych. Dziś coraz trudniej utrzymywać taką narrację. Konflikt się przedłuża,  perspektywy na porozumienie pozostają kruche, przepływy surowca przez Cieśninę Ormuz są nadal ograniczone, a ceny ropy ustabilizowały się wyraźnie powyżej poziomów sprzed eskalacji. W praktyce oznacza to jedno: scenariusz „kryzysu paliwowego” przestaje być krótkoterminowym ryzykiem, a zaczyna być scenariuszem bazowym. Jeżeli niedobory paliw utrzymają się dłużej, negatywne konsekwencje gospodarcze będą stopniowo narastać, pozostawiając świat z wyraźnie wyższą inflacją i niższym wzrostem gospodarczym – piszą ekonomiści Banku Pekao.

Czytaj więcej

Rada Polityki Pieniężnej obserwuje i nie rusza stóp

Do końca 2026 r. obecny kryzys paliwowy może podbić inflację o ok. 2 pkt. proc.

Przypominają, że od końca lutego rynkowa cena ropy naftowej Brent szybko wzrosła z ok. 68 USD do średnio 100 USD za baryłkę, utrzymując się – przy bardzo dużej zmienności – w pobliżu tego poziomu już drugi miesiąc. To ruch rzędu 45–50 proc., owszem porównywalnie 2 razy mniejszy od największych kryzysów w nowoczesnej historii, ale i tak wyraźnie wyróżniający się z tłumu. Tego typu zmiany cen ropy praktycznie zawsze przekładały się na wyraźny impuls inflacyjny. Pytanie brzmi więc nie „czy”, ale „jak silny” i „jak rozłożony w czasie” będzie obecny efekt.

– Według naszych analiz, szczyt wpływu obecnego szoku paliwowego na inflację pojawi się po ok. 5-6 miesiącach od jego rozpoczęcia. Zakładając marzec jako początek obecnego szoku oraz zakładając utrzymanie jego obecnej struktury i skali (cena ropy naftowej ok. 100 USD/baryłka, gazu ziemnego 50 euro / MWh), największego wpływu na inflację konsumencką należy oczekiwać na przełomie III i IV kwartału – uważają ekonomiści. Według nich do końca 2026 r. obecny kryzys paliwowy może podbić inflację o ok. 2 pkt. proc. Co istotne, inflacja bazowa zareaguje głównie poprzez kanał dóbr, a nie usług – co dodatkowo przy obecnej słabnącej kondycji pracownika na rynku pracy – ogranicza ryzyko utrwalenia się wysokiej inflacji na dłużej.

Dekompozycja wpływu na CPI pokazuje, że do końca 2026 r. ok. 60 proc. całkowitego efektu (ok. 1,2 pkt. proc.) będzie wynikać z kanału bezpośredniego wyższych cen paliw, transportu i nośników energii. Pozostałe 40 proc. (ok. 0,8 pkt. proc.) to efekty drugiej rundy, które zobaczymy w wyższych cenach żywności, pozostałych towarach konsumpcyjnych i w najmniejszym stopniu w usługach.

Czytaj więcej

Jest nowy odczyt inflacji. Ceny rosną szybciej od prognoz

Lokalny szczyt inflacji w Polsce pod koniec roku

W związku z taką sytuacją ekonomiści Banku Pekao zrewidowali swoją prognozę ścieżki inflacyjnej w górę. – Szok paliwowy będzie stopniowo podbijał inflację CPI przez kolejne kwartały, z kulminacją efektu na przełomie III i IV kwartału. Zakładamy, że pod koniec 2026 r. inflacja zbliży się do 4 proc. r/r, osiągając lokalny szczyt – przewidują obecnie.

Podkreślają, że scenariusz ten zakłada utrzymanie obecnego kryzysu paliwowego w formie zbliżonej do obserwowanej obecnie. I jak dodają, poziom 4 proc. inflacji wydaje się dziś granicą oddzielającą dwa scenariusze: poniżej tego poziomu pozostają prognozy zakładające szybkie wygaszenie konfliktu oraz brak istotnych efektów drugiej rundy.

Według ekonomistów, z perspektywy polityki pieniężnej oznacza to klasyczny dylemat: czy reagować na wyraźny wzrost inflacji, czy traktować go jako w dużej mierze przejściowy impuls kosztowy. Jednocześnie charakter obecnego szoku pozostaje relatywnie „wąski” – skoncentrowany w sektorach energochłonnych i jedynie częściowo przenikający do szerokiej inflacji. Kluczowe dla dalszego rozwoju sytuacji będzie więc to, czy wysokie ceny ropy utrzymają się wystarczająco długo, aby impuls inflacyjny zdążył się utrwalić, podbić oczekiwania inflacyjne konsumentów i rozszerzyć na kolejne segmenty gospodarki. – W takim środowisku RPP pozostanie ostrożna w trybie „wait-and-see”, pozostawiając stopy procentowe na niezmienionym poziomie przez cały 2026 rok – uważają specjaliści z Banku Pekao.

Czytaj więcej

Od początku wojny ceny benzyny w USA wzrosły o 50 proc.

Ceny ropy naftowej mogłyby zbliżyć się do 200 USD za baryłkę

Czarny scenariusz kryzysu energetycznego, jaki kreślą ekonomiści Banku Pekao opiera się na założeniu, że ropa i gaz z Zatoki Perskiej nie będą płynąć jeszcze przez dłuższy czas, nawet do jesieni. Ale prawdziwy kryzys energetyczny, zwłaszcza dla Europy, może według nich nadejść ze Stanów Zjednoczonych. Choć są one dużym eksporterem surowców energetycznych i tamtejszy przemysł wydobywczy korzysta na zamknięciu cieśniny Ormuz, to sami obywatele USA ponoszą duże koszty wojny w Zatoce Perskiej. Przeciętne ceny benzyny na stacjach w USA wzrosły od początku roku o 50 proc., a oleju napędowego o 60 proc. To dużo większa skala wzrostów niż w Europie.

Wysokie ceny paliw budzą duże niezadowolenie Amerykanów i stanowią duży problem polityczny dla rządzących. Jego najbardziej pożądanym rozwiązaniem byłoby ponowne otwarcie cieśniny Ormuz, ale, jak pokazują ostatnie tygodnie, nie jest to łatwe do osiągnięcia. – Jaką alternatywę ma Biały Dom? – pytają ekonomiści. I odpowiadają: zwiększyć podaż ropy naftowej i paliw na rynku wewnętrznym poprzez ograniczenie lub nawet całkowity zakaz ich eksportu.

Stany Zjednoczone eksportują obecnie ok. 4,3 mln baryłek ropy naftowej dziennie i 3 mln baryłek paliw gotowych. To mniej więcej trzykrotnie mniej niż typowy eksport ropy naftowej i paliw z Zatoki Perskiej (odpowiednio 20 i 5 mln baryłek dziennie) i mniej więcej połowa utraconej obecnie globalnej podaży. Embargo z USA dotknęłoby jednak inne kraje niż zamknięcie cieśniny Ormuz. Stany Zjednoczone eksportują bowiem sporo ropy naftowej do Europy. UE pozyskuje tą drogą 14 proc. swojego zużycia. – Moglibyśmy wówczas doświadczyć fizycznych braków paliw, tak jak teraz doświadczają tego kraje Azji Południowo-Wschodniej. Wówczas zniesione zostałyby najpewniej sankcje na import surowców energetycznych z Rosji i choć zaradziłoby to fizycznym brakom podaży (przed 2022 rokiem Rosja odpowiadała za 30 proc. dostaw ropy naftowej do UE), to byłaby to bardzo droga ropa naftowa – podkreślają ekonomiści.

A jak takie embargo przełożyłoby się na ceny? – pytają. Według nich teoretycznie każdy jeden procent ubytku podaży ropy naftowej przekłada się na wzrost cen o 3 proc. W przypadku embarga mogłoby zabraknąć ok. 7 proc. globalnej podaży paliw, co przekładałoby się na wzrost cen o 21 proc. – do powiedzmy 130 USD za baryłkę Brent. – Nie brzmi to katastroficznie, ale należałoby się liczyć z dużo większym wzrostem cen. Przy tak dużych zmianach podaży trudno oczekiwać liniowej reakcji rynku. Zwłaszcza że jego uczestnicy mogliby zacząć wyceniać scenariusz zapaści globalnego rynku ropy naftowej, gdyż w ślad za Stanami Zjednoczonymi inne państwa mogłyby zdecydować się na podobne embarga ochrony własnych zasobów surowców energetycznych. W takiej sytuacji ceny ropy naftowej mogłyby zbliżyć się do 200 USD za baryłkę – przewidują ekonomiści Banku Pekao.