Kiedy na jesieni 2008 roku, po upadku Lehman Brothers, przez rynki akcji przechodziła fala panicznej wyprzedaży, mówiło się, że to koniec świata. Takie stwierdzenie dobrze oddawało poziom emocji i wyjątkowość ówczesnej sytuacji, ale tak naprawdę chyba nikt w pełni nie zdawał sobie sprawy z rozmaitych konsekwencji, jakie przyniesie tamten kryzys. Pozornie w 2009 roku, wraz z odbiciem na giełdach, wszystko zdawało się wracać do normalności. Dopiero teraz, siedem lat po globalnym kryzysie finansowym zaczynamy na dobre dostrzegać wszechstronne konsekwencje, i to nie tyle w USA (epicentrum kryzysu), ile na naszym rodzimym „podwórku". Jedną z najważniejszych jest postępujący proces „rozkładu" („rozbioru"?) kapitałowego filara systemu emerytalnego.
Co ma wspólnego kryzys z 2008 roku z naszymi emeryturami? Bardzo wiele. Choć Polska zdołała uniknąć recesji po 2008 roku, to jednak drastycznie obniżyło się tempo wzrostu gospodarczego, szczególnie w porównaniu z latami boomu (2006–2007). A niższe tempo wzrostu PKB to automatycznie problemy dla budżetu państwa. A problemy budżetu (uporczywy deficyt), to szybki wzrost długu publicznego. Stąd już prosta droga do systemu emerytalnego. II filar tego systemu stał się przysłowiowym kozłem ofiarnym, na którego łatwo zrzucić całą winę za pogarszanie się kondycji finansów publicznych. Pierwszy krok w kierunku marginalizacji filara kapitałowego wykonał już ponad cztery lata temu rząd D. Tuska, obcinając o ponad 2/3 składkę płynącą do funduszy emerytalnych (OFE). W 2014 r. rząd poszedł za ciosem, „odchudzając" OFE o obligacje skarbowe i na zasadzie „dobrowolności" żądając od obywateli chcących pozostać w II filarze złożenia odpowiedniej deklaracji.
Czekając na przegląd
Nic nie wskazuje na to, by ten trend uległ odwróceniu po zmianie władzy. Można się raczej spodziewać kontynuacji. Węgierski rząd V. Orbana, na którym tak wzorują się rodzimi politycy, pięć lat temu de facto zmusił obywateli do transferu aktywów z funduszy emerytalnych pod groźbą cofnięcia praw do emerytur z systemu państwowego.
Abstrahując od obietnic obniżenia wieku emerytalnego, politycy zwycięskiej partii na razie enigmatycznie wypowiadają się na temat OFE. Ostatnio pojawiły się jednak zapowiedzi przeprowadzenia „przeglądu" systemu do połowy 2016 roku. Wiadomo, że jakieś działania zostaną podjęte, ale nie wiadomo czego konkretnie będą dotyczyły. Czy dojdzie do nacjonalizacji tego, co w funduszach pozostało po odebraniu im obligacji w 2014 r.?
Dyskontują już likwidację OFE?
A w OFE pozostało przecież wcale niemało. W ich portfelach są akcje o wartości 122 mld zł (dane na koniec października), z czego przytłaczająca większość – aż 112 mld zł – przypada na akcje notowane na GPW. Łatwo wyliczyć, że stanowi to ok. 20 proc. kapitalizacji wszystkich spółek krajowych. Znaczenie OFE jest jeszcze większe, jeśli pod uwagę weźmiemy walory w tzw. free float, czyli wolnym obrocie (z pominięciem tych, które są kontrolowane przez inwestorów zagranicznych). Według tego kryterium OFE mają aż 37-proc. udział w akcjach z WIG-u – wynika z ostatnich wyliczeń analityków J.P. Morgan. Właśnie stąd bierze się ból głowy inwestorów na warszawskim parkiecie...