Druga połowa maja przesunęła środek ciężkości na długim końcu krzywej. Polskie dziesięciolatki, których rentowność oscyluje wokoło 6 proc., sygnalizują, że scenariusz dalszych obniżek stóp procentowych przestał być rynkową oczywistością.

Inflacja bazowa odbiła w kwietniu do 3 proc. rok do roku i może rosnąć dalej, jeśli wysokie ceny paliw, napędzane konfliktem w rejonie cieśniny Ormuz, zaczną rozlewać się na pozostałe sektory gospodarki. Po majowym posiedzeniu Rady Polityki Pieniężnej Adam Glapiński przyznał, że prawdopodobieństwo podwyżki stóp wzrosło, a obniżki, choć formalnie pozostają opcją, stały się „bardzo mało prawdopodobne”. To zdejmuje ze stołu główny silnik tegorocznej hossy na długu.

W tle również pulsuje globalny sell-off. Amerykańskie dziesięciolatki notowane są w okolicach 4,61 proc., papiery trzydziestoletnie w okolicach 5,15 proc. Niemieckie dziesięciolatki oscylują przy poziomie 3,1 proc., a japońskie 2,76 proc. To nie jest selektywna przecena polskich papierów, lecz powszechne przeszacowanie premii czasowej i inflacyjnej.

Co ciekawe, skala uderzenia w polski dług nie jest największa. Spread między polską a niemiecką dziesięciolatką to dziś ok. 285 pb wobec 324 pb rok temu. Można to czytać jako sygnał zaufania – mimo rekordowych potrzeb pożyczkowych i wysokiego deficytu, rynek wycenia polskie ryzyko relatywnie łagodnie. Można jednak czytać inaczej: spread nie skurczył się dlatego, że to my zbliżyliśmy się do Niemiec, tylko dlatego, że Niemcy zbliżyły się do nas.