W piątek opublikowana została informacja o pozycjach zajmowanych przez poszczególne grupy inwestorów na instrumentach walutowych notowanych na Chicago Mercantile Exchange. Co ważne, choć publikacja ma miejsce w piątek, to dane dotyczą wtorkowego zamknięcia. Okazuje się, że wg danych wtorkowych przewaga krótkich pozycji wobec euro (w dolarach) w grupie spekulantów w ciągu tygodnia zmniejszyła się o połowę z prawie 11 mld dolarów, do ponad 5 mld dolarów. Wprawdzie nadal ma miejsce przewaga spekulacyjnych krótkich pozycji, to widać, że zmiana była znacząca. Jak podano była to najmniejsza sumaryczna spekulacyjna krótka pozycja od września 2011 roku. Dzień później na rynku EURUSD doszło to wyznaczenia lokalnego szczytu i dość szybkiego osłabienia notowań wspólnej waluty wobec dolara (Wykres_1). Punkt zwrotny nie jest więc zupełnie przypadkowy (biorąc pod uwagę podejście kontrariańskie), choć warto się zastanowić, czy jest on punktem na dłuższy czas, czy okaże się być jedynie chwilowym lokalnym szczytem?
Ciekawa jest również statystyka dla dolara wobec koszyka walut. Okazuje się, że w ciągu tygodnia zakończonego w ostatni wtorek sumaryczna pozycja spekulantów była krótka o wartości 0,8 mld dolarów, choć tydzień wcześniej była ona długa o wartości 6,5 mld dolarów. Co ta zmiana przyniosła? To właśnie dzień później dolar wyznaczył dołek i zyskiwał w szybkim tempie (Wykres_2). W piątek zwyżka się zatrzymała. W tej chwili ruch na wartości amerykańskiej waluty wykazuje raczej właściwości korekty (choć trzeba przyznać, że dynamika zmian była całkiem spora). Czy tak faktycznie jest, przekonamy się przy ewentualnej próbie zejścia wykresu wartości Indeksu Dolara pod ostatni dołek. Jeśli się ten dołek obroni, ruch pozytywny może się wznowić, co oznaczałoby presję na spadek wspomnianej pary EURUSD. W najbliższym czasie, być może już w ramach tego tygodnia, należy się liczyć z możliwością osłabienia wartości dolara, co sprzyjałoby podniesieniu cen akcji.
Czy piątkowe dane o stanie rynku pracy wpłyną na to, co dzieje się na rynkach finansowych? Moim zdaniem nie ma się co nad nimi rozczulać. Publikacja pokazała, że wpływ huraganu Sandy jest mniejszy niż się obawiano, choć to było sygnalizowane już we wcześniejszych publikacjach, gdzie przewijał się motyw rynku pracy. Ostatecznie publikacja okazała się nieco lepsza od oczekiwań, ale to nie jest jakaś diametralna różnica. Tempo generowania etatów jest nadal zbyt niskie, by realnie rynek poprawy się poprawiał. Rewizje negatywne za poprzednie dwa miesiące w sumie na prawie 50 tys. etatów nie są aż tak straszne, gdyż właściwie nie dotyczą sektora prywatnego, ale publicznego. Niższa stopa bezrobocia to efekt spadku liczby osób aktywnych zawodowo (zatrudnionych i aktywnie poszukujących pracy) w stopniu większym niż spadek niezatrudnionych. Stąd mamy niemal najniższą relację (niższa była tylko w sierpniu) aktywnych zawodowo w porównaniu z liczbą osób w wieku produkcyjnym. Ogólnie należy stwierdzić, że ten raport niczego nie zmienia w kontekście prowadzenia polityki pieniężnej. Tempo poprawy nadal jest zbyt niskie, a więc żadne sygnały o możliwości skrócenia obecnie obowiązujących terminów sygnalizowanych przez Fed się nie pojawią.
Za kilka dni, w środę, swoją decyzję ogłosi Komitet Otwartego Rynku. Tym razem będzie to spokojne wydarzenie. Większa uwaga będzie skupiona na informacjach dotyczących negocjacji w sprawie „klifu fiskalnego". Te negocjacje mają znaczenie, ale nie mają go pojedyncze wypowiedzi. Rynek w tej chwili zakłada, że porozumienie zostanie osiągnięte. Jednak mamy już grudzień i teraz każdy dzień zaczyna odgrywać rolę. Ciekawe, czy ten skok wartości dolara z drugiej połowy tego tygodnia nie był sygnałem rosnącej nerwowości w odniesieniu do upływającego czasu. Wiadomo przecież, że obie strony mają raczej sztywne stanowiska i są mocno okopane.
Możliwość ruchu spadkowego dolara (wspomniany test dołka) sugeruje, że rynki akcji będą jeszcze miały okazję się podnieść. Nie na wszystkich musi to oznaczać poprawę wycen i ostatnich lokalnych szczytów, ale akurat rynek polski ma szansę na zaliczenie nowego szczytu, co wiązałoby się z możliwością walki w okolicy 2500 pkt. (Wykres_3). O ile jednak skutek tej walki nie jest przesądzony, a teoretycznie zagrożenie z USA daje niedźwiedziom sporą szansę na pojawienie się większej korekty, to fakt, że i indeks i kontrakty wyszły nad szczyt z końcówki sierpnia ubiegłego roku, pozwala z optymizmem spojrzeć na perspektywy rynku w dłuższym terminie. Jeśli zatem pojawi się faza spadku, to należałoby ją traktować jako okazję do zakupów.
Skąd ta możliwość pojawienia się fazy spadku? Intrygujący jest ostatnio notowany wzrost liczby otwartych pozycji. Okazuje się, że obecne wartości były ostatnio widziane podczas kreślenia lutowego szczytu. Gdyby iść tym tropem, to należałoby oczekiwać wkrótce znaczącego zjazdu cen. Jeśli spojrzymy na to, co działo się po lutowym szczycie, to można dojść do wniosku, że rynek czeka całkiem znacząca jazda, bo przecież w trakcie ówczesnego spadku doszło do wyznaczenia nowych minimów spadków. Czy faktycznie grozi nam taka zmiana? Wątpię.
Po pierwsze, mamy już za sobą wyjście poza kilkunastomiesięczną konsolidację. Tym samym jest sygnał wskazujący na aktywność kupujących. Okoliczności sprzyjają zakupom, co pokazuje rynek długu. Tym razem wygląda na to, że można liczyć na inwestorów zagranicznych. Stąd wniosek, że cofnięcie nie musi przybrać podobnych rozmiarów do tego, co miało miejsce ostatniej wiosny.
Po drugie, jeśli idziemy tropem podobieństwa aktualnego stanu rynku z tym, co działo się w lutym, to warto zauważyć wyraźną różnicę przynajmniej w dwóch aspektach. Pierwszym jest nachylenie rynku, które wtedy w najlepszym razie w ostatnich miesiącach przed szczytem było płaskie (choć faktycznie było to lekkie nachylenie do dołu), a obecnie ostatnie miesiące to wzrost cen. Tym samym widać, że zmiany mają tendencję pozytywną, a więc ruchy spadkowe są wyraźnie mniejsze, niż gdyby miałby to być nadal ruch w ramach szerokiego trendu bocznego. I tu dochodzimy do drugiej różnicy. Ostatni ruch spadkowy różni się do tego, który miał miejsce na jesieni ubiegłego roku. Podstawową różnicą jest właśnie wielkość. Tak bezwzględna, ale ważniejsza jest również różnica względna w odniesieniu do poprzednich szczytów i dołków. Idąc tym tropem można przypuszczać, że i możliwa faza spadkowa, jaka wkrótce miałaby się pojawić, także byłaby wyraźnie krótsza od tej z wiosny. Jeśli trzymać się tych analogii, to końca spadku można byłoby się spodziewać gdzieś między dołkiem z końca sierpnia (2224 pkt. dla indeksu) , a dołkiem z 26 października (2303 pkt. dla indeksu). Jest to zbieżne z oczekiwaniem na korektę, która zebrałaby przynajmniej połowę dotychczasowego wzrostu (licząc od dołka z maja, lub lipca – to nie apteka). Dołek miałby szansę się pojawić jeszcze w zimie. To już są dość mgliste kształty. Na razie, zanim zaczniemy na poważnie szukać możliwości pojawienia się dołka, musi pojawić się spadek, a więc i szczyt. Obecnie bowiem nadal znajdujemy się w fazie wzrostowej.