Tegoroczny kwiecień okazał się nawet ponadnormatywnie udany dla rynków akcji. Zwyżka S&P 500 o ponad 10 proc. to czwarty najlepszy miesięczny rezultat na przestrzeni ostatnich trzech dekad. Warto odnotować, że w tych pozostałych trzech przypadkach takie wyskoki amerykańskiego indeksu zwiastowały zawsze dwucyfrowe zwyżki w następnych 6-12 miesiącach.

Jeszcze lepiej niż S&P 500 zachował się w kwietniu indeks rynków wschodzących MSCI EM, rosnąc o 14,5 proc., co było wynikiem najlepszym od listopada 2022 (tyle że benchmark ten miał większe straty do odrobienia – w marcu runął o 13,3 proc. wobec 5,1 proc. w przypadku amerykańskiego odpowiednika). Na marginesie warto odnotować „podskórne” zmiany zachodzące w strukturze indeksu emerging markets, gdzie zdominowany przez spółki technologiczne rynek tajwański zepchnął właśnie Chiny z pozycji lidera (ponad połowę udziału w nim ma Taiwan Semiconductor).

O ile z pewnym przymrużeniem oka jako czynnik ryzyka dla tej imponującej hossy traktowałbym znaną maksymę „sell in May”, to jednak trudniej przejść obojętnie wobec implikacji płynących z drogiej ropy (niższy wzrost gospodarczy, wyższa inflacja). Poprzednie przypadki, w których cena surowca po raz pierwszy od lat skoczyła powyżej progu 100 dolarów za baryłkę (III 2022, III 2011, II 2008) były zwiastunem problemów na horyzoncie. Na razie rynki zdają się bagatelizować ten czynnik, licząc zapewne na jego przejściowy charakter – i oby taki faktycznie był.