Zaprezentowane w tym dokumencie dane są wybiórcze i mocno nadoptymistyczne. Znajdziemy tam informacje o liczbie IPO, ale nie zostały one skorygowane o liczbę delistingów. Zabrakło też informacji, że duża część IPO odbywa się bez emisji nowych akcji, a jest to o tyle istotne, że w takich sytuacjach spółka jest bardziej ofiarą niż beneficjentką debiutu giełdowego – dochodzą jej nowe obowiązki mocno ograniczające swobodę prowadzenia biznesu, a fakt notowania nie przynosi jej ani centa.

Nie porwały mnie też propozycje działań: zharmonizowane wdrożenie Listing Act i innych regulacji, uproszczenie raportowania ESG, wprowadzenie czynników zachęcających do notowania, dopasowanie wymogów MAR do konkretnych okoliczności, wsparcie rozwoju detalicznego rynku obligacji i ograniczanie regulacji dotyczących MŚP. Te postulaty są tak ponadczasowe, że (pomijając nazwy konkretnych regulacji) mogłyby być opublikowane dekadę temu i prawdopodobnie pozostaną aktualne za kolejne 10 lat.

Nawet tam, gdzie mamy do czynienia z dobrym kierunkiem działań, proponowane inicjatywy są zaskakująco kosmetyczne, tak jakby lekkie przypudrowanie rzeczywistości było absolutnie wystarczające. Można odnieść wrażenie, że drobne korekty zaproponowane w tym dokumencie uzdrowią unijne rynki kapitałowe i pozwolą im powrócić na ścieżkę wzrostu. Przykładowo jeśli chodzi o MAR, proponowane są uproszczenia dla małych spółek i dopasowanie do emitentów obligacji – kwestie bardzo ważne, ale nie zmieniające istoty rzeczy.

Szczególnie powierzchownie i odtwórczo potraktowany został postulat wzmocnienia popytu inwestorów detalicznych – zaproponowano rozwój długoterminowych produktów inwestycyjnych wspartych przez zachęty, np. podatkowe. A przecież z perspektywy giełd kluczowe wydaje się umożliwienie inwestorom bezpośredniego dostępu do obrotu, co obniżyłoby bariery i koszty dostępu (zwłaszcza dla inwestorów zagranicznych), przyczyniając się do zwiększenia płynności, a zatem także zysków giełd.

Zabrakło mi też refleksji, że spadająca liczba emitentów w połączeniu z rosnącą wartością strumieni pieniężnych kierowanych na regulowane rynki kapitałowe będzie prowadzić do odrywania się wycen od fundamentów. Ta strukturalna nierównowaga podaży i popytu w krótkim okresie jest oczywiście przyjemna, gdyż kursy akcji rosną, a wraz z nimi wartość obrotów, a zatem zysków giełd, a także daje to nadzieję na przyciągnięcie nowych emitentów. Ale w dłuższym okresie zacznie to niebezpiecznie przypominać mechanizm piramidy finansowej. Relatywizowanie różnych wskaźników wycen spółek względem tych obserwowanych na innych giełdach może wyglądać uspokajająco, ale przecież z niczego nie wynika, że na innych rynkach te wskaźniki są zdrowe. Przyzwyczailiśmy się do tego, że inwestorzy kupują coraz bardziej odległą przyszłość, ale warto się zastanowić, czy robią tak dlatego, że tak chcą, czy dlatego, że nie mają nic lepszego, a zmuszeni są do inwestycji na rynkach regulowanych.

Niejednokrotnie miałem okazję uczestniczyć w tworzeniu takich ponadnarodowych stanowisk, w związku z czym mam pełną świadomość, że różnorodność interesów prowadzi do pewnego chaosu prezentacji, a sprzeczność interesów nie pozwala na zawarcie pewnych bardzo istotnych kwestii. Wiem też, że rozpoczęcie prac nad jakimś dokumentem musi doprowadzić do ich zakończenia, niezależnie od tego, czy ostateczny produkt spełnia pokładane w nim oczekiwania. Niemniej, opublikowanie takiego dokumentu może wśród decydentów wzbudzić mylne wrażenie, że zasadniczo nie ma wielkiego problemu, że można podjąć pewne drobne działania, ale jak ich się nie podejmie, to nic się nie stanie, że rynek ma problemy, ale w sumie kto ich nie ma.

Tymczasem według mnie giełdy papierów wartościowych mają ostatnią szansę, aby zawalczyć o swoje przetrwanie. Jeśli liczba notowanych spółek spada, obroty są w coraz większym stopniu przejmowane przez rynki alternatywne, dostęp inwestorów do rynku wymaga pośrednictwa, jakbyśmy wciąż tkwili w XIX wieku, to nie za bardzo widzę, skąd można wykrzesać optymizm. Przecież pociąg ucieka nam coraz szybciej i niedługo peron się skończy. Inwestorzy nie będą chętni operować na rynku, który jest skomplikowany, drogi i oferuje coraz mocniej przewartościowane aktywa.

Dlatego, aby nie zostawić decydentów z tym (według mnie nadmiernie optymistycznym) przekazem, w ramach unijnej organizacji EuropeanIssuers przygotujemy dokument, który bardziej realnie przedstawi te problemy. A przede wszystkim wskaże, jak dużą wartość dodaną kreują emitenci dla gospodarki i społeczeństwa, za którą w żaden sposób nie są nagradzani. I co można zrobić, aby ten stan rzeczy zmienić.