Kurs złotego dla nas jest bardzo ważny, aprecjacja kursu pomaga nam przezwyciężać inflację – mówił w miniony czwartek prezes NBP Adam Glapiński. Gwałtowne osłabienie polskiej waluty, które rozpoczęło się tydzień temu w reakcji na zaskakującą decyzję Rady Polityki Pieniężnej, aby obniżyć stopę referencyjną NBP o 0,75 pkt proc., Glapiński jednak bagatelizował. Mówił, że jest nieznaczne, biorąc pod uwagę to, że wcześniej złoty umocnił się o 17 proc. To wystąpienie, w którym prezes NBP sygnalizował też gotowość do dalszego łagodzenia polityki pieniężnej, tylko spotęgowało przecenę złotego. Analitycy wskazują, że ruszyła spirala, którą może być trudno zatrzymać.

Trudniej o kapitał

We wtorek po południu euro kosztowało około 4,66 zł, ale wcześniej kurs ten przebił 4,69 zł. Wyżej był poprzednio w marcu br. Tymczasem tuż przed posiedzeniem RPP euro kosztowało niespełna 4,50 zł. To oznacza, że złoty osłabił się o ponad 4 proc. - bardziej niż jakakolwiek inna spośród ponad 30 najważniejszych walut świata.

We wtorek osłabienie złotego wobec euro szło w parze z osłabieniem euro wobec dolara. To zależność typowa, więc deprecjację polskiej waluty można było teoretycznie wiązać z czynnikami globalnymi. Na notowania pary EUR/USD największy wpływ mają obecnie zmienne oczekiwania co do czwartkowej decyzji Rady Prezesów Europejskiego Banku Centralnego. Uczestnicy rynku są podzieleni na tych, którzy sądzą, że wobec coraz wyraźniejszych oznak recesji w Niemczech frankfurcka instytucja pozostawi stopy procentowe bez zmian, oraz na tych, którzy oczekują podwyżki stóp.

Czytaj więcej

Kolejny ciężki, a momentami bardzo ciężki dzień złotego

W poprzednich dniach deprecjacji złotego towarzyszyło jednak umocnienie euro. – W cztery dni złoty stracił tyle, ile zyskał przez cztery miesiące (od kwietnia do lipca). To zły znak, kiedy złoty traci pomimo umocnienia euro i sąsiedniego forinta. To wyraz obaw rynków finansowych, czy można zapanować nad inflacją po dużej obniżce i zapowiedziach kolejnych przez NBP – napisali we wtorkowym komentarzu analitycy z ING Banku Śląskiego. – Przypominamy, że potrzeby pożyczkowe Polski w 2024 roku będą tak wysokie, że nie da się ich finansować tylko krajowymi oszczędnościami, potrzebujemy zagranicznego kapitału, a ten właśnie pokazuje, że nam nie ufa – dodali.

Odwrót inwestorów od polskich aktywów nasila też obawy, że w razie ponownej wygranej PiS w październikowych wyborach Polska straci dostęp do unijnych funduszy na lata 2021–2027.

EBC nie pomoże

Zdaniem Mikołaja Raczyńskiego, dyrektora zarządzającego i inwestycyjnego platformy Portu w Polsce, deprecjację złotego trudno będzie zatrzymać, chociaż można oczekiwać, że nie będzie ona już tak gwałtowna jak w ostatnich dniach. – Na rynku widać pewne sprzężenie zwrotne. Złoty osłabia się w reakcji na oczekiwania, że inflacja będzie wyższa w dłuższym terminie, ale słabszy złoty sam w sobie prowadzi do wyższej inflacji – tłumaczy. – Wydaje się, że to, o czym mówimy w kraju od dłuższego czasu, że NBP nie chce realizować celu inflacyjnego, poszło mocniej w świat – mówi Raczyński.

Teoretycznie presję na deprecjację złotego wygasić mógłby EBC, gdyby postanowił w czwartek stóp nie zmieniać. Ale zdaniem Raczyńskiego to nie pomoże na długo, bo nawet pauza w cyklu zacieśniania polityki pieniężnej w strefie euro nie będzie oznaczała jego końca. – Nie sądzę, żeby gołębi wydźwięk posiedzenia EBC wystarczył, aby powstrzymać deprecjację złotego. Do tego potrzebne są bardziej fundamentalne zmiany, w tym przede wszystkim interwencja werbalna NBP, która spowodowałaby, że rynek przestałby wyceniać przynajmniej część kolejnych mocnych obniżek stóp – wtóruje mu Wojciech Stępień, ekonomista z BNP Paribas BP. Takiej interwencji przed wyborami parlamentarnymi trudno jednak oczekiwać.

Zdaniem Piotra Matysa, analityka walutowego z ITC Capital Markets, na krótką metę złotego stabilizować mogą polscy eksporterzy, którzy obecny poziom kursu mogą uznać za dogodny moment do przewalutowania zasobów euro i dolara.