Starsze pokolenie (emeryci i bliscy emerytury) patrzy na problem ze spokojem: „państwo zawsze było zadłużone i jakoś sobie radziło”, wsparte „to problem tych, którzy będą to spłacać – młodych, nie nas” i „jeszcze przez wiele lat dramatu nie będzie, a z racji zmieniającej się demografii nasza rola w decydowaniu o tym, na co będą wydane państwowe pieniądze będzie coraz większa”. Dla tej grupy deficyt budżetowy nie jest więc dużym zagrożeniem – przy wielu bieżących potrzebach (np. zdrowotnych), ona nie zwraca dużej uwagi na długoterminowe ryzyko.

Dzisiejsi 35-55-latkowie mają podejście pragmatyczne. Są oni największymi beneficjentami systemu (pomijam tu osoby z II progu podatkowego – to akurat jego „dojne krowy”). Korzystają w największym stopniu z 800+, licznych ulg podatkowych czy składkowych dla JDG (z racji dochodów w znacznie wyższej skali niż młodsze roczniki), programów dopłat do np. termomodernizacji, „czystego powietrza”, wakacji kredytowych czy tarcz energetycznych. Jednocześnie grupa ta jest w stanie najwięcej oszczędzić czy zainwestować i przyszłość finansów państwa mało ją interesuje. Żyje w przekonaniu, że w najgorszym przypadku będzie w stanie sobie w przyszłości poradzić dzięki zgromadzonym środkom. W tej grupie największy jest też sceptycyzm wobec np. przyszłych emerytur czy wiara w prywatną służbę zdrowia, która będzie wystarczająca, gdy zabraknie publicznej.

Obie opisane grupy łączy jedno – pogląd, że deficyt budżetowy to nie jest duży problem, natomiast stanowi źródło całkiem konkretnych dochodów (czy to w postaci 800+ czy 13/14-tek).

Młodzi? Tu jest ciekawiej. Temat właściwie nie istnieje. Jeśli już się pojawia, to w wersji: „to już nie czasy morderczego kapitalizmu i w XXI wieku państwo ma być opiekuńcze i dbać, aby wszyscy mogli żyć godnie na poziomie co najmniej nie niższym niż w bogatszych krajach Europy, nawet kosztem wzrostu zadłużenia”. W tej grupie najbardziej widać chyba – być może po latach lewicowej propagandy – oderwanie pojęcia budżetu państwa od „pieniędzy zebranych od obywateli”. Finanse państwa rządzą się w ich opinii innymi niż wynikające z matematyki czy ekonomii prawami. Dominują poglądy typu „pieniędzy nigdy nie zabraknie, zawsze można pożyczyć, politycy są od tego, aby je znaleźć – po to ich wybieramy” czy – przy wsparciu wielu publicystów: „bogate kraje mają długi i żyją lepiej niż my – widać to działa”. Przy coraz słabszej edukacji matematycznej (patrz wyniki matur) takie podejście staje się niestety coraz bardziej popularne. Dodatkowo, brak refleksji nad deficytem i oczekiwanie pomocy to całkiem rozsądna reakcja na kwestie, z którymi młode pokolenie obecnie się mierzy, typu wysokie ceny mieszkań czy mało stabilna praca.

Żadna z grup nie zastanawia się, kto za to wszystko na koniec zapłaci. Starsi żyją w przekonaniu: „nie my”, młodsi: „to zbyt odległy problem, żeby się nim przejmować”. Oba podejścia problematyczne, ale ich skutkiem jest niestety kompletny brak refleksji przy urnie wyborczej, jeśli chodzi o propozycje kandydatów w tym właśnie obszarze – nikt nie widzi kosztu, każdy widzi korzyść. Deficyt okazuje się politycznie idealny – koszt jest rozłożony w czasie i obecnie nie ma jednej grupy, która czuje jego negatywne skutki. Jest wręcz odwrotnie – korzyści są z obecnego stanu dla wielu bardzo konkretne. W tej sytuacji deficyt budżetowy nie ma więc dziś wielu przeciwników, ma za to bardzo szeroki elektorat zwolenników – beneficjentów systemu. Politycy już to dawno odkryli, o czym przekonamy się ponownie za rok.