Deutsche Telekom przejmuje światłowodową grupę Fiberhost. Była pani szefową wchodzącej w jej skład Wielkopolskiej Sieci Szerokopasmowej. To przejęcie było do przewidzenia?
To było do przewidzenia, ponieważ polski rynek jest postrzegany jako atrakcyjny i perspektywiczny, a ta grupa kapitałowa od dawna nie jest w rękach pierwotnego właściciela. Przez poszczególne transakcje stawała się po prostu własnością funduszy inwestycyjnych. Dobrze, że wraca do właścicieli pochodzących z grona telekomów. Można liczyć na rozwój technologiczny i udział w strategiach rozwojowych państwa, a nie tylko sprzedaż co 3-4 lata do kolejnego funduszu, który się na tym monetyzuje.
Deutsche Telekom jest firmą mocno w Polsce osadzoną, zamożną i stabilną. Minęły też czasy challengerów, więc raczej spodziewam się wyważonego konkurowania, nie wojny cenowej. Spodziewam się natomiast konsekwentnej budowy infrastruktury sieci dostępowej. Z punktu widzenia cen nie sądzę, żeby cokolwiek to zmieniło, ale UOKiK będzie badać skutki koncentracji dla rynków lokalnych. W czasach, gdy pracowałam dla WSS powstawała w Inei koncepcja sieci otwartej i Inea była jej prekursorem. Tego modelu po przejęciu trzeba pilnować.
Od 1,5 roku szefuje pani instytutowi Łączności. Jakie ważne decyzje podjęła pani przez tych kilkanaście miesięcy?
To były naprawdę setki decyzji. Drobnych i poważnych. W pewnym sensie – jeśli chodzi o sposób funkcjonowania instytutu – nie został kamień na kamieniu. Problem w tym, że taki świat nauki stosowanej, który jest w strukturze instytutów, w ich zakładach, to świat, który jest pozostałym klientom niepotrzebny.
Klientom?
Mówię o klientach, bo konkurujemy o nich na rynku komercyjnych zleceń teleinformatycznych. Mało kto wie, że w instytucie jest więcej informatyki niż telekomunikacji. Mamy prawie 120 osób w zespole IT i świadczymy usługi jak średniej wielkości firma informatyczna. Głównie dla administracji publicznej, ale staramy się też zaistnieć na rynku komercyjnym: startujemy w przetargach oraz w różnego rodzaju konkursach. Jednak instytut nie ma wyrobionej marki jako firma IT, ponieważ bardzo niewiele włożył wysiłku w to, żeby opowiadać, co dotychczas zrealizował.
Czy państwowy instytut naukowy powinien konkurować z firmami prywatnymi?
W pewnym sensie nie ma wyjścia, bo jeżeli państwo go nie finansuje, to z czegoś musi żyć, i to jest zdrowsze. Zresztą to znany dylemat. Jedni mówią: „nie powinniście konkurować z rynkiem o klienta, ponieważ państwowy klient będzie wam dawał fory”. Drudzy: „nie powinniście wyciągać ręki po pieniądze publiczne, po dotacje na badania. Musicie się utrzymać sami i musicie pokazać dowody, że wasze produkty bronią się na rynku”.
Któreś z tych zdań wypowiedział Krzysztof Gawkowski, powołując panią na szefową IŁ?
Pan premier Gawkowski uważał, że wśród pereł, które ma w portfelu (COI, NASK, IDEAS) misja i charakter IŁ są przestarzałe, nowe cele nie są wyraźnie określone i nie wiadomo do czego mu służy.
Powiedział, że instytut, który dobiega stulecia, absolutnie nie może zostać zamknięty, potrzebuje nowej misji, komplementarnej do zadań pozostałych instytucji, dzięki której będzie mógł być samodzielny i stanąć mocno na nogach.
Zarazem premier jako minister cyfryzacji rozumiał rolę telekomunikacji dla cyfrowych technologii. Pierwszy raz od wielu lat mamy zielone światło resortu na głęboką zmianę. Pierwszy raz od wielu lat bardzo mocno inwestujemy w potencjał badawczy, infrastrukturę, remonty, bezpieczeństwo fizyczne i zaawansowane cyberbezpieczeństwo. To odbija się na końcowym wyniku, ale jest on nadal bezpiecznie na plusie. Inwestujemy też w badania własne, mamy na to specjalny fundusz i co roku przeznaczamy nań część zysku.
W 2025 r. przychody IŁ spadły o ok. 20 mln zł do 200 mln zł, a zyski operacyjne i netto z ok. 12 mln zł do niespełna 5 mln zł. Co jest tego powodem?
Spadki mają miejsce głównie w zakresie finansowania dotacyjnego, od którego instytut był uzależniony. Znając te prognozy, minister podjął decyzje już na początku ub.r., powołując nowy zarząd instytutu, którego zadaniem jest zrównoważenie w perspektywie kilku lat przychodów z dotacji, nauki i biznesu.
Od razu trzeba powiedzieć, że lwia część przychodów Instytutu w roku ubiegłym i w tym roku pochodzi z budżetu państwa. Biznes, szczególnie europejscy operatorzy, big techy i globalni producenci, mają własne R&D. Eksplorujemy więc inne kierunki biznesowe, niedające jednak tak szybkich efektów.
W raporcie IŁ za 2025 r. jest mowa o Starlinkach. Całość opłat za nie ponoszonych przez Polskę na rzecz Ukrainy przechodzi przez instytut?
Całość. To jest duży budżet, który powoduje, że faktycznie przeważająca część naszego budżetu to pieniądze publiczne.
Ukraina nie potrzebuje już tylu Starlinków, stąd spadek przychodów instytutu?
Ukraina buduje własny system współpracy sieci mobilnych z siecią satelitarną. Nie znam szczegółów, ale w którymś momencie ten system może przejąć w ogóle zadania Starlinków. Ponadto walki nie są już tak zdekoncentrowane i rozsiane po całym kraju jak w pierwotnej fazie wojny. Ludzie pozbawieni są łączności głównie na terenach objętych walkami i tam jej potrzebują cywile, więc zadanie będzie malało. I oby jego zamknięcie zarazem oznaczało koniec wojny i wolność Ukrainy.
W tym roku przychody IŁ też się obniżą?
Z uwagi na inwestycje będą na poziomie ubiegłorocznych, natomiast to nie wyczerpuje naszych aspiracji.
Nad czym teraz pracują zespoły IŁ?
Kontynuujemy dwa projekty telekomunikacyjne: platformę do przenoszenia numerów komórkowych PLI CBD 2.0 i AML, czyli system pozwalający na precyzyjną lokalizację numeru, z którego wzywana jest pomoc przy użyciu numeru alarmowego 112. AML został wprowadzony przez Europejski Kodeks Łączności Elektronicznej i jako kraj mamy obowiązek go wdrożyć do końca 2027 r.
Realizujemy oraz ubiegamy się w przetargach o projekty od innych zleceniodawców i stajemy do publicznych przetargów oraz mniejszych zleceń w administracji centralnej, resortach i NCBR. Jednym z najważniejszych naszych projektów jest Polska Tarcza PNT, czyli zagadnienia obrony przed zakłóceniami pozycjonowania, nawigacji i czasu. To jest temat, w którym instytut się specjalizował od dziesięcioleci, a obecnie jest on kluczowy dla infrastruktur cywilnych i wojskowych, spółek skarbu państwa, biznesu prywatnego, infrastruktury krytycznej, finansowej, logistycznej – właściwie dla każdego, kto korzysta z systemów cyfrowych współpracujących w rozległych sieciach teleinformatycznych.
W Polsce często dochodzi do zakłóceń sygnału GPS. To Rosjanie?
Wiele wskazuje na to, że znaczna część zakłóceń obserwowanych w naszym regionie ma związek z działaniami prowadzonymi przez Rosję, przede wszystkim spoza terytorium Polski. Trzeba jednak pamiętać, że zakłócenia systemów nawigacji satelitarnej mogą mieć różne źródła i nie każde pojedyncze zdarzenie można jednoznacznie przypisać konkretnemu sprawcy. Dla nas ważniejsze od samej atrybucji jest to, że zakłócenia GNSS (globalny system nawigacji satelitarnej – red.) przestały być zjawiskiem incydentalnym. Musimy traktować je jako trwały element środowiska bezpieczeństwa i odpowiednio zwiększać odporność państwa.
To szczególnie istotne w przypadku infrastruktury krytycznej. Energetyka, transport, telekomunikacja czy systemy finansowe wykorzystują sygnały GNSS nie tylko do określania pozycji, ale również jako precyzyjne źródło czasu i synchronizacji.
Infrastruktura krytyczna to nie tylko systemy telekomunikacyjne. Kilka dni temu się przekonaliśmy, że systemy gabinetowe w służbie zdrowia też są infrastrukturą krytyczną.
Pije pani do tego, że wyciekły dane 19 mln osób z systemów spółki MyDr. Jesteśmy jako kraj w stanie przeciwdziałać takim zdarzeniom?
Nie jesteśmy w stanie w 100 proc. im skutecznie przeciwdziałać (przypomnę „wyciek” danych z PESEL do komorników w moich ministerialnych czasach). Ważne jest jednak nie to, że czasem dojdzie do skutecznych ataków, ale jak szybko i jakim kosztem się z nich podniesiemy.
Gdy pracowałam w Ministerstwie Cyfryzacji, powiedziałam prowokacyjnie, że powinniśmy doprowadzić do sytuacji, w której mogę wydrukować swoje dane osobowe i rozrzucić je na ulicy. Oczywiście nie chodzi o to, żeby przestać chronić dane. Chodzi o to, żeby sama znajomość mojego imienia, nazwiska, PESEL-u czy innych danych nie wystarczała do podszycia się pode mnie.
System powinien być projektowany tak, żeby ciężar zapewnienia bezpieczeństwa spoczywał przede wszystkim na profesjonalnym dostawcy usługi, a nie na obywatelu. Nie każdy jest i nie musi być ekspertem od usług cyfrowych.
Cyfryzacja powinna poszerzać możliwości obywatela, a nie ograniczać jego prawa. Dzisiaj czasem tę hierarchię odwracamy: najpierw projektujemy proces cyfrowy, a później oczekujemy, że każdy obywatel się do niego dostosuje. Technologia powinna dostosowywać się do człowieka, a nie człowiek do technologii. I tej zasady powinniśmy pilnować w cyfryzacji państwa.
A podobno wprowadziła pani obowiązkowe szkolenia z AI dla pracowników IŁ?
Jeszcze nie. Chcemy wprowadzić takie szkolenia, ale muszą być dostosowane do bardzo różnych kompetencji i sposobów wykorzystania AI w Instytucie. Zaczęliśmy od rzeczy ważniejszej: wprowadziliśmy wewnętrzną politykę korzystania z AI. Określa ona, z jakich narzędzi można korzystać służbowo, jakie dane można do nich wprowadzać, a jakie informacje nie mogą być przetwarzane w publicznie dostępnych modelach.
Co jest na czarnej liście?
Do celów służbowych nie rekomendujemy m.in. chińskich systemów, takich jak DeepSeek. Jednocześnie pracujemy nad bezpiecznym, wewnętrznym środowiskiem AI, które pozwoliłoby wykorzystywać te narzędzia również do pracy z informacjami wymagającymi większej ochrony czy przy programowaniu.
Czy dla pracowników IŁ sztuczna inteligencja to ryzyko? Połowa straci pracę?
Nawet jeżeli byśmy mieli żegnać się z kimkolwiek, to nie z powodu sztucznej inteligencji, bo ona jest bezużyteczna bez myślącego człowieka.
Jakie są plany IŁ na ten rok?
Musimy poświęcić ten i przyszły rok na bezpieczne budowanie niezależności finansowej od dotacji, obecności i rozpoznawalności rynkowej oraz budowę partnerstw komercyjnych i naukowych. Intensywnie rozwijamy kompetencje w telekomunikacji.
Jesteśmy bardzo mocni w technologiach radiowych i satelitarnych, ale chcemy wzmocnić kompetencje przewodowe – ta łączność przeżyje jeszcze swój wielki renesans.
6G jako inteligentna sieć mobilna i rozwój 5G to dwa obszary, dla których szukam zarówno ekspertów, jak i partnerów rozwoju tej specjalizacji. Budujemy kompetencje w zakresie analizy i modelowania danych.
W nowym zakładzie obok analityki różnego typu realizujemy dla ministra projekt Cyfratrendy, poświęcony trendom rozwojowym nowych technologii oraz wspieramy resort w budowie GigaFabryki AI oraz krajowych zdolności AI i suwerenności obliczeniowej.
Co to znaczy „wspierać resort w budowie GigaFabryki AI”?
Instytut pełni rolę biura projektu po stronie polskiej. Wspieramy administrację w przygotowaniu przedsięwzięcia: od analiz i współpracy z partnerami europejskimi, przez kwestie regulacyjne, po identyfikowanie warunków, które Polska musi stworzyć, żeby taka inwestycja mogła tutaj powstać.
Mieliście zastrzeżenia do zasad tego przedsięwzięcia?
Tak. Pierwotna koncepcja dawała państwom członkowskim większy wpływ na sposób organizacji przedsięwzięcia. Ostatecznie procedura została znacznie bardziej scentralizowana na poziomie europejskim. Polska, wspólnie z grupą innych dużych państw członkowskich, przedstawiała w tej sprawie swoje stanowisko.
Co to zmienia dla Polski?
Przede wszystkim oznacza, że o sukcesie zdecyduje jakość polskiej oferty. Potrzebujemy silnego konsorcjum oraz lokalizacji, która będzie rzeczywiście gotowa do realizacji tak dużej inwestycji.
Dlaczego lokalizacja jest tak istotna?
Bo mówimy o niezwykle wymagającej infrastrukturze i bardzo krótkim czasie realizacji. Potrzebne są ogromne moce energetyczne, odpowiednia infrastruktura sieciowa, decyzje środowiskowe i lokalizacyjne, system chłodzenia i zagospodarowania ciepła. Tego nie da się przygotować w ostatniej chwili. Dlatego potrzebne będą również działania państwa, w tym uproszczenia legislacyjne i administracyjne. Przy takiej skali inwestycji samo finansowanie nie wystarczy, trzeba stworzyć warunki, w których inwestor będzie w stanie ją rzeczywiście zrealizować.
A kim są potencjalni inwestorzy?
Na rynku tworzą się obecnie polskie konsorcja zainteresowane udziałem w przedsięwzięciu. To bardzo dobry sygnał, bo im silniejszy krajowy ekosystem, tym większa szansa na ulokowanie tej infrastruktury w Polsce.
Mówi pani o zasługach IŁ przy pracach nad GigaFabryką. A jak się nie uda, to będzie wasza wina?
Nie patrzyłabym na to w kategoriach winy, chociaż rola dyrektora wymaga gotowości poniesienia odpowiedzialności za swoje działania. To europejska procedura konkurencyjna i Polska nie ma gwarancji, że zostanie wybrana. Naszym zadaniem jest zrobić wszystko, żeby polska propozycja była możliwie najmocniejsza, budować sojusze, szukać korzyści w najróżniejszych układach. Jednocześnie trzeba myśleć o scenariuszu alternatywnym.
Niezależnie od wyniku tego postępowania Polska potrzebuje dostępu do dużych zasobów obliczeniowych dla AI. GigaFabryka jest jednym ze sposobów osiągnięcia tego celu, ale nie jedynym.
Jakie są inne sposoby?
Celem rządu jest zbudowanie niezależności (dziś mówimy: suwerenności) obliczeniowej, która dałaby Polsce zdolności strategiczne nie mniejsze niż w przypadku realizacji GigaFabryki. Taka suwerenność obejmuje pięć filarów. Pierwszy to „Narodowa Chmura AI” – kilka regionalnych ośrodków GPU (procesorów graficznych – red.) połączonych logicznie. Drugi to gwarantowany popyt państwa – administracja, nauka, wojsko i spółki Skarbu Państwa kupujące usługi obliczeniowe od krajowej infrastruktury, co zapewnia jej ekonomiczną trwałość. Trzeci – to otwarta platforma dla polskich firm i startupów, z preferencyjnym dostępem do mocy obliczeniowej. Kolejne dwa to powiązanie z istniejącą infrastrukturą komputerów o wysokiej wydajności i wsparcie dla jej rozwoju (także rozwiązania ustawowe na wzór Megaustawy). W końcu kompetencje, bezpieczeństwo i regulacje, czyli rozwój własnych modeli, cyberbezpieczeństwa i zgodności z europejskimi regulacjami. To jest ta alternatywa, o której rozmawiamy z MC.