Gdy jednak ten sam obywatel miałby odpowiedzieć na pytanie w referendum (czy to lokalnym czy ogólnokrajowym) nagle zamienia się w osobę całkowicie nieprzygotowaną do demokracji i wymagającą ochrony przed samym sobą. Słowem, nagle staje się naiwnym dzieckiem, podatnym na manipulację.

Reakcje na ostatni pomysł prezydenta na referendum są moim zdaniem przykładem takiej logiki. Senat odrzucił pytanie, wskazując na jego stronniczość, nieprecyzyjność i polityczny charakter. Padł zarzut, że na pytanie p. Nawrockiego jest tylko jedna odpowiedź, którą pytanie wręcz sugeruje. Może tak, może nie – jednak nie o samym pytaniu jest ten felieton.

Zauważmy, że w wyborach parlamentarnych partie polityczne także bardzo chętnie posługują się hasłami, które trudno uznać za wolne od uproszczeń czy niepopulistyczne. Przeciwnie: najczęściej mamy do czynienia z prostymi i chwytliwymi obietnicami, abstrahującymi od realiów ekonomicznych (np. podniesienie kwoty wolnej od podatku do 60 tys. zł, skracanie czasu pracy bez utraty wynagrodzenia itp.). Podobnie jak to ma miejsce w przypadku proponowanych w ciągu ostatnich lat pytań referendalnych, skomplikowane problemy sprowadza się do jednego dobrze brzmiącego hasła. I na to łowi wyborców.

Nikt wtedy nie mówi, że społeczeństwo jest nieprzygotowane, by to oceniać. Przeciwnie: uznaje się, że wyborcy są w stanie oddzielić obietnice od mrzonek i świadomie wybrać. Mamy tu więc do czynienia ze sporą niespójnością: w wyborach akceptujemy uproszczenia (nawet więcej: obietnice, których sam pomysłodawca nawet nie zamierza realizować) jako element polityki, ale w referendum nagle zaczynamy wymagać czegoś innego: pytania idealnego, precyzyjnego, neutralnego i pozbawionego jakiejkolwiek sugestii. Wymagamy znajomości kontekstu pytania i jego konsekwencji, choć tej samej wiedzy nie oczekujemy wtedy, gdy wybiera on polityków do władzy. Ba, tu akurat zbyt duża świadomość wyborcy jest wręcz niepożądana, najważniejsze, to przekonać, że to ta druga strona jest tą złą.

Jest jeden kraj, który odmiennie podchodzi do tych kwestii – Szwajcaria. I nieźle na tym wychodzi. W historii referendów zadano tam pytania o ograniczenie wydatków na politykę klimatyczną czy służbę zdrowia, podniesienie podatków najbogatszym lub wprowadzenie bezwarunkowego dochodu (odpowiedź brzmiała NIE w obu przypadkach). Uznano, że obywatel ma prawo się pomylić, ale znacznie ważniejsze jest, aby miał prawo decydować.

W Polsce nie ma problemu z tym, że obywatel przez pomyłkę wybierze niewłaściwych ludzi do władzy, których decyzje w kolejnych latach bywają – delikatnie mówiąc – mało przemyślane. Jednak aby miał on decydować bezpośrednio o realnych dotykających go problemach, co może nawet zrobiłby lepiej niż mający swoją agendę politycy – to już jest wykluczone. Trudno oprzeć się wrażeniu, że nikomu specjalnie na tym nie zależy. Nie bardzo słychać przecież o próbach rozwiązywania ważnych kwestii politycznych, ekonomicznych czy światopoglądowych tą drogą.

Osobiście traktowałbym referenda jako test zaufania do społeczeństwa. Odmowa zadania pytania oznacza w praktyce przekonanie, że wyborcy nie rozumieją rzeczywistości, są podatni na manipulacje i powinni przekazać władzę w ręce „profesjonalistów”. Tymczasem nie da się utrzymywać jednocześnie, że społeczeństwo jest wystarczająco świadome, by wybierać rządzących, ale zbyt mało świadome, by odpowiadać na konkretne pytania.

A może prawdziwy problem jest jednak inny? Referendum odbiera komfort pełnej kontroli na cztery lata i wymusza realne sprawdzanie poparcia dla wielu decyzji (inaczej weto w referendum). A to już zupełnie inna jakość rządzenia – taka, którą trudno sprowadzić do chwytliwych haseł co 4 lata i budowania sympatii dla kandydatów.

I na koniec – główny zarzut, jaki pada wobec referendów to fakt, że społeczeństwo może podjąć nie do końca przemyślaną decyzję, której potem będzie żałować. Jaką mam odpowiedź na taki zarzut? Otóż gdy zda sobie z tego sprawę, po roku, dwóch zmieni zdanie i zagłosuje odwrotnie w kolejnym zorganizowanym w tym celu plebiscycie.