Jeśli popatrzeć na sytuację techniczną polskiego rynku akcji, to wszystko wydaje się jasne i klarowne. WIG co prawda po grudniowej obronie wsparcia na wysokości dołka bessy próbuje się podnosić, ale na dłuższą metę trudno dopatrzyć się sygnałów rozpoczęcia trwałego trendu wzrostowego. W skali ostatnich pięciu miesięcy mamy do czynienia z szerokim trendem bocznym, a w skali dziewięciu miesięcy prawdziwa pozostaje teza o nadrzędnym trendzie spadkowym. Co gorsza nie widać perspektyw na szybkie wyjście w górę ze średnioterminowego trendu bocznego (a tym samym zanegowania nadrzędnego trendu spadkowego), skoro WIG jest zdecydowanie bliżej dolnej niż górnej granicy konsolidacji.
Taki stan rzeczy wydaje się uzasadniony sytuacją makroekonomiczną. W mijającym tygodniu otrzymaliśmy sygnały wejścia przemysłu strefy euro w recesję. Roczna dynamika produkcji w eurolandzie spadła pod kreskę, co jest odpowiednikiem sytuacji z połowy 2008 r. (a więc jeszcze sprzed wybuchu kryzysu finansowego). Można się obawiać, że to z kolei pociągnie w dół dynamikę polskiej produkcji, a to już bezpośrednie uzasadnienie dla słabości rynku akcji.
Przejrzystość takiego stanu rzeczy mąci jednak zaskakująco mocne zachowanie Wall Street. Amerykański S&P 500 w mijającym tygodniu wykonał kolejny ważny krok – pokonał silny opór na wysokości szczytu z października ub.r. Tym samym znalazł się najwyżej od ponad pięciu miesięcy. Seria wydarzeń na wykresie indeksu od października wydaje się zupełnym zaprzeczeniem tego, co działo się wcześniej, od maja do września ub.r. Od trzech miesięcy widać wyraźny trend wzrostowy. Pokonanie poziomu oporu w mijającym tygodniu sprawiło, że widoczna jest tu książkowa struktura położonych coraz wyżej szczytów i dołków.
Optymistyczna analogia – jak dalece trafna?
Jednocześnie łatwo zauważyć, że ostatnie pół roku na wykresie S&P 500 (czyli najpierw ostry zjazd w dół, a potem zaprzeczająca mu zwyżka) to w pewnym uproszczeniu powtórka (żeby nie powiedzieć kopia) wydarzeń z okresu kwiecień–wrzesień 2010 r. Gdyby zakładać, że ta analogia będzie się utrzymywać, to można by dojść?do wniosku, że – podobnie jak we wrześniu 2010 r. po przebiciu poziomu oporu – S&P 500 jest dopiero na początku trendu wzrostowego. Gdyby analogia się utrzymała, indeks w kolejnych miesiącach powinien pokonać szczyt hossy z wiosny 2011 r.
Takie mocne zachowanie Wall Street jest największą zagadką rozpoczynającego się roku. Czy S&P 500 wyznaczy w końcu kierunek także dla innych giełd, w tym dla GPW, które w ślad za nim podążą w górę? Założenie takie oczywiście rozjaśniłoby całą sytuację. Sęk w tym, że z tezą taką kłóci się kilka faktów. Zacznijmy od wskaźnika siły relatywnej WIG względem S&P 500 (oblicza się go, dzieląc wartości WIG przez wartości S&P 500). W mijającym tygodniu ustanowił on nowe, blisko trzyletnie minimum (a w przypadku WIG20 siła relatywna ustanowiła aż ponadsześcioletnie minimum, przebijając dołek z lutego 2009 r.). To zdecydowanie odróżnia obecną sytuację od tej z września 2010 r., do której podobieństwo sugeruje wspomniany wcześniej wykres S&P 500. Wówczas bowiem nasz rynek nie tylko nie wykazywał podobnych do obecnych oznak słabości, ale wręcz przeciwnie – był silniejszy od Wall Street. We wrześniu 2010 r. WIG pokonał szczyt hossy, podczas gdy S&P 500 dopiero otworzył sobie wtedy drogę do takiego scenariusza.
Widać więc jednoznacznie, że analogia do 2010?r. widoczna na wykresie S&P 500 nie może być traktowana jako wiarygodna wskazówka co do losów naszego rynku. Zgodnie z tą analogią WIG powinien bowiem być obecnie „przodownikiem pracy" nad trendem wzrostowym, a nie maruderem. Coś tu nie gra.
„Sentyment" i nie tylko
Niejasności pojawiają się zresztą, nawet jeśli pozostawimy na boku zależności między GPW i Wall Street i przyjrzymy się nieco dokładniej samej sytuacji w USA. Zacznijmy od tzw. sentymentu amerykańskich inwestorów indywidualnych. Według najnowszej ankiety stowarzyszenia AAII odsetek byków (optymistów) wśród graczy przekroczył 49 proc. To poziom najwyższy od miesięcy. Dla kontrarian zapala się czerwona lampka – czy taki optymizm na rynku nie jest przypadkiem wyrokiem dla trendu zwyżkowego?
Trzeba podkreślić, że sam w sobie taki optymizm nie jest jednak wystarczającą przesłanką do obwieszczenia bliskiego końca zwyżki w USA. Praktycznie identyczny był bowiem odsetek byków we wrześniu 2010 r., a więc w momencie, który uznaliśmy wcześniej za odpowiednik obecnej sytuacji na Wall Street. Jak się potem okazało, nie była to przeszkoda w kontynuacji korzystnego dla posiadaczy akcji trendu aż do wiosny 2011 r. Przez cały ten czas notowano wysokie poziomy „sentymentu" (odsetek byków momentami przekraczał nawet 60 proc.).
Chociaż wskaźnik nastrojów AAII nie przekreśla jeszcze optymistycznej analogii do 2010 r., a nawet ją, jak widać, potwierdza, to jednak pod uwagę warto wziąć jeszcze inny czynnik – skalę zaskoczenia amerykańskich analityków danymi makro. Wrzesień 2010 r. (a więc moment kluczowy z punktu widzenia omawianej analogii) zapoczątkował podnoszenie się wskaźnika Citigroup Economic Surprise Index (CESI – pokazuje różnicę między faktycznymi danymi makro a prognozami) z głęboko ujemnych wartości. Tymczasem obecnie wskaźnik ten nie tyle dopiero zaczyna się podnosić z upadku (bo ten proces zaczął być widoczny już po panice w sierpniu ub.r.), ile sięga historycznych szczytów. Poprzednio był tak wysoko w lutym 2011 r. Tymczasem w omawianej analogii luty 2011 r. był już schyłkowym okresem trendu wzrostowego trwającego od września 2010 r. Coś tu nie gra – chciałoby się powtórzyć. Amerykański rynek akcji tym razem ma już za sobą długą drogę od nadmiernie pesymistycznego postrzegania sytuacji w gospodarce do nadmiernie optymistycznego, jak się wydaje, postrzegania koniunktury. Pojawia się ryzyko, że miejsca na pozytywne niespodzianki jest już niewiele, natomiast coraz większe jest pole do potencjalnych rozczarowań.
Koniunktura wcale nie taka dobra?
W te wątpliwości wpisuje się wskaźnik wyprzedzający koniunktury instytutu ECRI. Z trudem utrzymuje się on nad dołkami z października ub.r. oraz z lipca 2010 r. To zupełnie nie potwierdza skrajnego optymizmu widocznego na wykresie CESI czy na podstawie ankiet AAII. Gdyby dołki na wykresie ECRI zostały pogłębione, jasne stałoby się, że pogarszanie się koniunktury ekonomicznej wkracza w zupełnie nowy etap. To z kolei przeczyłoby tezie mówiącej, że silna amerykańska gospodarka zdoła się oprzeć negatywnemu wpływowi rozkręcającej się recesji w strefie euro i hamowania w Chinach.
Zresztą nawet jeśli te obawy nie powstrzymają rychło trendu wzrostowego na Wall Street, to co z tego będą mieli polscy inwestorzy, gdyby siła relatywna WIG nadal ustanawiała nowe dołki? Kluczowa wydaje się płynąca z przeszłości obserwacja mówiąca, że trwałe hossy na GPW zaczynały się w warunkach ustanawiania przez siłę relatywną naszego rynku co najmniej kilkumiesięcznych maksimów. Skoro obecnie siła ta konsekwentnie maleje, to trzeba w świetle tych zależności trzymać się założenia, że ciągle mamy do czynienia z bessą.