Czy jeszcze zwracacie, pod względem inwestycyjnym, uwagę na wydarzenia z Bliskiego Wschodu?
Radosław Cholewiński (R.Ch.): Jest duża nieprzewidywalność, ale też jest tak, że do wszystkiego można się przyzwyczaić. Na pewno nie jest tak, że przechodzimy obok tego obojętnie. Ma to znaczenie, ale trzeba się też nauczyć z tym żyć.
Emil Łobodziński (E.Ł.): Rynek tak się do tego przyzwyczaił, że bardziej widzimy dzisiaj reakcje na pozytywne informacje, a na te negatywne już w zasadzie nie reaguje. To świadczy o sile rynku. Inwestorzy po prostu chcą wzrostów.
Ale jednocześnie mamy przecież cały czas wysokie ceny ropy. Pojawia się temat inflacji, ryzyka wyższych kosztów energii i potencjalnych problemów gospodarczych. Czy ten konflikt jednak nie zmienia fundamentów gospodarki bardziej niż dziś zakłada rynek?
R.Ch.: To jest chyba kluczowe pytanie. Bo rzeczywiście mamy dziś pewien rozdźwięk między rynkiem obligacji, a rynkiem akcji. Rynek obligacji wyraźnie obawia się inflacji i scenariusza wyższych stóp procentowych przez dłuższy czas. Natomiast rynek akcji w dużej mierze przeszedł nad tym do porządku dziennego. Pytanie brzmi: kto ma rację? I wydaje mi się, że realny wpływ wyższych cen ropy na gospodarkę dopiero zaczniemy widzieć w II połowie roku.
E.Ł.: Im dłużej ten konflikt trwa, tym większe ryzyko, że rzeczywiście zacznie przekładać się na realną gospodarkę. Ale jednocześnie trzeba pamiętać, że wiele krajów częściowo łagodzi skutki wyższych cen energii poprzez politykę fiskalną. W Polsce też to widzimy. Dlatego wzrost gospodarczy jak na razie nie został mocno zahamowany.
R.Ch.: I jednocześnie mamy bardzo mocne fundamenty po stronie wyników spółek. W Stanach Zjednoczonych sezon wyników firm był naprawdę świetny. Do tego dochodzi ogromny wieloletni trend związany z rozwojem generatywnej sztucznej inteligencji. To jest proces, który może zwiększać produktywność gospodarki przez wiele lat i który inwestorzy zaczynają wyceniać coraz bardziej długoterminowo.
Wall Street znów więc stała się pierwszym wyborem inwestorów?
R.Ch.: W dużej mierze tak. To właśnie w Stanach znajdują się firmy, które są głównymi beneficjentami i jednocześnie twórcami obecnej rewolucji technologicznej. Inwestorzy naturalnie kierują tam kapitał, bo widzą potencjał wzrostu przez wiele kolejnych lat.
E.Ł.: Inwestorzy chcą płacić za wzrost. A dziś największy potencjał wzrostu widać właśnie w technologiach. Dlatego Nasdaq pozostaje motorem napędowym rynku amerykańskiego. Europa pod względem technologicznym pozostaje daleko z tyłu. Największe firmy związane z AI są głównie w Stanach Zjednoczonych i częściowo w Azji.
Czytaj więcej
Jeżeli utrzyma się pozytywne nastawienie inwestorów to błędem byłoby uznanie, że kursy akcji banków nie mogą przekroczyć wycen, które można uzasadn...
Ale jeszcze niedawno rynek żył przecież obawami, że sztuczna inteligencja zniszczy wiele modeli biznesu i może wywołać problemy na rynku pracy.
R.Ch.: To naturalne przy każdej dużej zmianie technologicznej. Kiedyś podobne obawy pojawiały się przy automatyzacji produkcji, komputerach czy internecie. Zawsze pojawia się strach, że technologia zabierze ludziom pracę. Ale historia pokazuje, że gospodarka się adaptuje.
E.Ł.: AI rzeczywiście zmieni rynek pracy. Część zawodów będzie ograniczana, szczególnie tych najbardziej rutynowych. Ale jednocześnie pojawią się nowe miejsca pracy i nowe specjalizacje. Dziś już widać, że sztuczna inteligencja najlepiej działa jako wsparcie człowieka, a nie pełne zastępstwo. Tak. Wiele firm wdraża rozwiązania AI już od roku czy dwóch lat i same przyznają, że nadal potrzebują ludzi. Tyle że ich praca wygląda inaczej niż wcześniej.
R.Ch.: To trochę jak z kalkulatorem i matematykami. Pojawienie się kalkulatorów nie sprawiło, że matematycy przestali być potrzebni. Po prostu część czynności wykonujemy szybciej i bardziej efektywnie.
W Polsce ta ekspozycja na AI jest uboga, a mimo to nasz rynek radzi sobie świetnie. Czy trochę nie jesteśmy beneficjentem tego, co się dzieje w otoczeniu? Wysokie ceny ropy to przecież dobra wiadomość dla Orlenu. Potencjalne podwyżki stóp procentowych – dla banków. Powrót inflacji – dla spółek konsumenckich...
E.Ł.: Trochę paradoksalnie tak. Patrząc na strukturę WIG20, mamy ekspozycję zarówno na scenariusze pozytywne, jak i negatywne. Wyższe ceny ropy wspierają spółki paliwowe. Wyższe stopy procentowe wspierają banki. Część spółek konsumenckich korzysta z relatywnie mocnej gospodarki.
R.Ch.: I trzeba pamiętać, że Polska nadal rozwija się szybciej niż Europa Zachodnia. To sprawia, że nasz rynek pozostaje atrakcyjny. Widać też coraz większe zainteresowanie inwestorów zagranicznych średnimi spółkami.
Czyli nadal największe i ewentualnie średnie spółki?
R.Ch.: Kapitał zagraniczny potrzebuje płynności, a tę zapewniają głównie średnie i duże spółki.
E.Ł.: Aby małe spółki naprawdę stały się liderami rynku, potrzebne byłyby dużo większe napływy krajowego kapitału. Na razie jeszcze tego nie widać w odpowiedniej skali.
Czyli można powiedzieć, że mimo wszystkich zagrożeń ten „bal” na rynku nadal trwa i nie jest to „bal na Titanicu”?
R.Ch.: Oczywiście każda hossa ma swoje ryzyka. Dwa miesiące temu wszyscy bali się Iranu. Wcześniej były cła, pandemia czy kryzys bankowy. Rynki zawsze żyją jakąś narracją strachu. Najważniejsze pytanie brzmi: co będzie miało znaczenie za kilka lat? Czy większy wpływ na świat będzie miał kolejny krótkoterminowy konflikt geopolityczny, czy jednak zmiany technologiczne związane z AI? Moim zdaniem odpowiedź jest dość oczywista.