Największe polskie banki zachwycają wynikami, pokazując ROE sięgające nawet 18-20 proc. Pod tą efektowną fasadą trwa jednak drenaż, gdyż z bankowych portfeli ucieka część wysokomarżowych transakcji finansujących rozwój przedsiębiorstw.
Jedną z przyczyn jest coraz ciaśniejszy gorset regulacji. Restrykcyjne wymogi kapitałowe, normy unijne oraz ostrożniejsze podejście do ryzyka sprawiają, że ścieżka po niestandardowy kredyt korporacyjny bywa biurokratycznym torem przeszkód. W tę lukę coraz śmielej wchodzi private debt, oferując finansowanie dopasowane do przepływów i planów spółki, a nie do szablonowego formularza.
Skalę tej cichej rewolucji pokazują również liczby. Według Preqin globalne aktywa private credit osiągnęły w 2025 r. ok. 2,3 bln USD, a do 2030 r. mogą wzrosnąć do 4,5 bln USD. W Europie direct lending ustanowił w 2025 r. rekord: 115 mld euro finansowania w ponad 1,3 tys. transakcji, o 23 proc. więcej niż rok wcześniej. Szybkość, elastyczność i indywidualne warunki są dla przedsiębiorcy ważniejsze niż najniższy koszt finansowania.
Dla akcjonariuszy giełdowych banków nie jest to zapowiedź końca dobrych wyników, lecz sygnał strukturalnej zmiany. Banki będą musiały coraz częściej dzielić się marżą z instytucjami pozabankowymi, a sytuacji sektora od stycznia 2026 r. nie poprawia również CIT podwyższony z 19 do 30 proc.