Termin „2–3 tygodni do końca wojny” padał już niejednokrotnie, podobnie jak groźby zniszczenia irańskiej infrastruktury energetycznej. Wydawać się mogło, że presję na rynkach finansowych mogłyby zwiększyć jedynie nowe działania militarne, które jednoznacznie przesunęłyby horyzont trwającego już pięć tygodni konfliktu na Bliskim Wschodzie. Rzeczywistość jednak pokazała, jak kruche są fundamenty jakiegokolwiek optymizmu, który nie idzie w parze z realną deeskalacją w Zatoce Perskiej.
Ulga w przypadku dolara była chwilowa, a wzrosty wróciły wraz z wojennym językiem prezydenta USA, który zapowiedział, że cofnie Iran do epoki kamienia łupanego. Podczas czwartkowej sesji indeks dolara zyskiwał bycze 0,5 proc., podchodząc ponownie pod symboliczny poziom 100 punktów, który pomimo napięcia geopolitycznego stanowi, jak na razie, solidny opór globalnych przepływów w stronę waluty USA. Dolarowi ulegają zarówno „ryzykowne” waluty wschodzące (w tym złoty, który przez cały marzec osłabił się o ok. 4 proc., względem dolara), jak i cała plejada walut G10. Kurs USD/JPY ponownie podszedł pod poziom 160 pomimo ostatnich ostrzeżeń Tokio ws. interwencji walutowej, a frank szwajcarski zachowuje się jakby stracił całkowicie walor bezpiecznej przystani, deprecjonując względem dolara tyle samo, co postrzegane jako ryzykowne waluty Antypodów.
Rynki pozostają na łasce nadziei na deeskalację oraz na otwarcie Cieśniny Ormuz.