Dla wielu Europejczyków Mongolia wydaje się krajem znajdującym się gdzieś na końcu świata. – Robisz sobie ze mnie żarty, synu, nie ma takiego kraju jak Mongolia – usłyszał w latach 80. od funkcjonariusza brytyjskich służb imigracyjnych Nambaryn Enkhbayar, wówczas student, a w latach 2005–2009 prezydent Mongolii. Wiedza dotycząca tego zakątka świata nie jest w Polsce aż tak tragiczna, ale dosyć powierzchowna. Polacy mają mglistą świadomość tego, że to kraj leżący między Rosją a Chinami, z którego w XIII w. przybyli do nas tatarscy najeźdźcy. Państwo, które było kiedyś sowieckim satelitą, a teraz... No właśnie, co teraz? Niewielu ludzi zdaje sobie sprawę, że to państwo osiągało jeszcze kilka lat temu najwyższe tempo wzrostu PKB na świecie i było uznawane przez zachodnich finansistów za inwestycyjne eldorado. Niewielka jest też świadomość tego, że Mongolia jest światową potęgą, jeśli chodzi o wydobycie metali ziem rzadkich, czyli surowców, bez których nie da się produkować nowoczesnych smartfonów i innych gadżetów elektronicznych. To, że w mongolskich sklepach dużym powodzeniem cieszy się polska żywność, również może być dla wielu osób wielkim zaskoczeniem. Z pewnością Mongolia nie jest przykładem ekonomicznego sukcesu, takiego jaki odniosły Tajwan czy Korea Płd. Jest jednak krajem, który przechodzi interesującą transformację i bywa wymieniany jako przyszłościowy rynek w dalszej perspektywie. Odwiedziłem Mongolię i przez prawie dwa tygodnie przyglądałem się temu krajowi i jego społeczeństwu.