Sesja zaczęła się świetnie i to okazało się zgubne. Dobry nastrój na
początku dnia wynikał z dobrego nastroju na całym świecie. Świat cieszył
się z rekordów amerykańskiego indeksu średniej przemysłowej Dow Jones. Po
raz pierwszy pokonany został poziom 13 tys. punktów. Sam uważam, że w tym
tygodniu było wiele ważniejszych wydarzeń, ale rynek uznał inaczej.
Serwisy kipiały z radości. Czy jest to poziom zasłużony nie ma tu
większego znaczenia. Skoro ceny wywindowały indeks tak wysoko, to
widocznie podstawy są, choć wydaje się, że w dużej mierze emocjonalne.
Czy indeks trzydziestki spółek notowanych na NYSE miał podstawę do rekordu
to sprawa szerszej analizy. Faktem jest, że był to jeden z głównych
czynników, który pomógł bykom na początku sesji. Później było już gorzej.
Początkowy wyskok cen był tak duży (kontrakty rozpoczęły notowania 50 pkt
ponad poziomem zamknięcia z środy), że same rekordy w USA już nie
wystarczały, by pchać rynek jeszcze wyżej. Innych czynników jednak brakło.
Stąd obserwowany przez niema całą sesję powolny spadek cen. Przyspieszył
on nieco tuż przed godziną 15:00. W efekcie ostatnią godzinę notowań
rozpoczęliśmy na nowych minimach, co zwykle nie jest dobrą przesłanką co
do przebiegu końcówki sesji. Tym razem nie było inaczej.
Efektem całej sesji jest ponowny spadek cen w okolice wsparcia. Tym razem
będzie już bardzo trudno je utrzymać. Skoro wczoraj się to udało, a popyt
mimo to nie był w stanie podnieść rynku, to teraz pewnie liczbą chętnych
do kolejnych zakupów będzie mniejsza. Trzeba się więc liczyć z możliwością
naruszenia wsparcia i jeśli ceny szybko nie powrócą nad jego poziom, z
dalszym spadkiem. Spadek ten może potrwać przynajmniej do chwili, gdy ceny
nie osiągną kolejnego poziomu przypuszczalnie większej aktywności
kupujących, jakim jest ostatnia luka hossy.