Trudno coś sensownego powiedzieć o wczorajszej sesji w USA poza tym, że
można ją odebrać (na razie) jako odreagowanie wcześniejszego wzrostu oraz
efekt strachu, jaki mógł zostać wywołany przez mocny wzrost ceny ropy
naftowej. Odreagowanie nie jest czymś dziwnym. Rynek wykonał w ciągu dwóch
dni ruch o prawie 10 proc., a więc spadek o ponad 3 proc. nie jest jeszcze
tragedią. Pewnie w trakcie hossy można byłoby spokojnie oczekiwać
kontynuacji wzrostu. Problem w tym, że teraz hossy nie ma. Rynkiem rządki
niedźwiedź i każdy spadek, a już tym bardziej po wcześniejszym wzroście
może zostać odebrany jako powrót do trendu. W tym bowiem wypadku to
wspomniany wzrost cen trzeba uznać za odreagowanie. Dochodzi tu jeszcze
spora nerwowość, którą widać po wielkości zmian dziennych cen. Obecnie
zmiany cen spółek o ponad 10 proc. są na porządku dziennym. Dotyczy to
tych największych. Zmiany wycen spółek z branży finansowej mają jeszcze
większą zmienność.
Sytuacja jest więc napięta, a pieprzu dodaje wczorajszy skok ceny ropy.
Ropa wraca na wysokie poziomy po tym, jak już część analityków obwieściło
koniec hossy na towarach. Zdaniem tychże bańka spekulacyjna pękła. Jak się
okazuje, ktoś ponownie ją pompuje. Czy zobaczymy nowe rekordy? Pewnie tego
także się obawiano, a widmo ponownego zagrożenia ceną ropy zajrzało w
oczy. Swoją drogą tłumaczenie obu ruchów na akcjach i ropie jest lekko
sprzeczne. Mówi się, że inwestorzy z rynku akcji sprzedawali papiery
obawiając się porażki planu firmowanego przez Paulsona i Bernanke, a
wzrost cen ropy to wynik nadziei, że plan pomoże gospodarce i wzmoże popyt
na ropę. Nawet nie będę tego komentował. Chęć wytłumaczenia, a właściwie
wewnętrzną potrzeba znajomości wszelkich czynników wpływających na ceny,
jest tak silna, że dochodzi do takich kuriozów. Faktem jest, że wczorajsza
zmiana na rynku ropy była największym w dolarach jednodniowym wzrostem w
historii notowań tego surowca. Poprzedni rekord należał do sesji z 6
czerwca tego roku. Dolarowa zmiana to jednak nie wszystko. Teraz czeka się
na rekord zmiany procentowej, ale o to nie będzie łatwo. Tu poprzeczka
podniesiona jest bardzo wysoko. 3 stycznia 1994 roku cena ropy wzrosła o
20,9 proc. Swoją drogą to ciekawe, że mocny wzrost ceny ropy mamy krótko
po tym, jak na rynku złota mieliśmy podobnie silną jednodniową zwyżkę. Czy
można pokusić się o połączenie tych dwóch wydarzeń?
Po takim spadku cen akcji można spokojnie założyć, że zaczniemy sesję od
spadku cen. Indeks w Hong Kongu spada o prawie 3 proc. U nas raczej aż
takiej zmiany nie należy oczekiwać, choć przecena o ponad 1 proc. jest
całkiem prawdopodobna. Reszta zależy od popytu, jaki pokazał się pod
koniec ubiegłego tygodnia. Ja mam wątpliwości, co do jego intencji, a poza
tym nie zapominam, jaki mamy trend. Niemniej niczego nie przesądzam co do
dzisiejszej sesji. Myślę, że spadek w końcu się pojawi, choć nie mam
pojęcia, czy będzie to akurat dziś. W trakcie sesji będziemy mieli kilka
chwil uatrakcyjnienia. O 10:00 pojawią się dane dotyczące dynamiki
polskiej sprzedaży detalicznej oraz wielkości bezrobocia. W tym samym
czasie poznamy wstępne dane indeksów PMI dla przemysłu i usług strefy
euro. O 16:00 pojawi się raport o zmianie cen nieruchomości w USA oraz
rozpocznie swoje wystąpienie szef rezerwy federalnej Ben Bernanke.