Co dalej z inflacją i stopami procentowymi w Polsce? Czy Rada może w tym roku jeszcze obniżyć lub podnieść stopy?

W związku z wojną w Zatoce Perskiej sytuacja stała się bardziej niepewna. Widać to szczególnie na rynkach finansowych. Powiedziałbym nawet, że dopóki Donald Trump jest prezydentem USA, a jego wypowiedzi i pomysły trzęsą światem, to szczególnie w takich okolicznościach także polityka pieniężna musi być prowadzona w zasadzie z posiedzenia na posiedzenie. Przecież jeszcze półtora miesiąca temu myśleliśmy o sekwencji kolejnych cięć stóp procentowych. Dziś niewiele z tego zostało. 

Myślę, że jako RPP powinniśmy poczekać na formułowanie jakichkolwiek rekomendacji czy przewidywań co do dalszych ewentualnych zmian w polityce pieniężnej co najmniej do lipca, do kolejnej projekcji inflacyjnej NBP. Ale to nie znaczy na 100 proc., że na pewno do tego czasu nie będziemy reagować. Gdyby istniało ryzyko, że inflacja wymknie się z przedziału „dopuszczalnych” czy „tolerowanych” wahań od celu NBP [2,5 proc. +/- 1 pkt proc. – red.] na trwałe – nie mówię o jedno- czy dwumiesięcznym wymknięciu, bo przy takim szoku podażowym to może się wydarzyć – to wtedy pewnie zareagowalibyśmy. Rada wygląda dziś na taką, która się nie zawaha.

Moim najbardziej prawdopodobnym scenariuszem jest jednak czekanie, na pewno co najmniej na kolejną projekcję NBP. Wtedy będzie pewnie już po konflikcie na Bliskim Wschodzie.

Scenariuszem bazowym jest więc brak zmian stóp procentowych, ale jeżeli już ruch, to podwyżka?

Mam jednak nadzieję, że tego unikniemy. Szybki szacunek inflacji za marzec [3 proc. r/r – red.] zaskoczył lekko w dół, czyli pozytywnie, prognozy na kwiecień też nie są bardzo złe, inflacja powinna się ukształtować w przedziale 3-4 proc. To dobra wiadomość: przeżyjemy ten szok bez konieczności podejmowania nadzwyczajnych działań.

Czytaj więcej

Co wojna w Iranie i wyższe ceny oznaczały dla gospodarki w marcu?

Czy widzi pan jakieś przesłanki - szybka deeskalacja konfliktu na Bliskim Wschodzie, trwałe odblokowanie cieśniny Ormuz, szybki początek odbudowy infrastruktury w Zatoce Perskiej – przy których RPP obniży stopy jeszcze w tym roku?

Myślę, że taki scenariusz jest raczej mało prawdopodobny. Nie jest tak, że nawet przy szybkim zakończeniu wojny wszystko wróci do stanu z lutego. Trzeba będzie odbudować zdolności produkcyjne i przesyłowe, a to potrwa miesiące, w niektórych przypadkach może nawet lata. Według mnie, cena ropy nie wróci szybko do poziomu 60 dol. za baryłkę nawet po zakończeniu konfliktu, jego efekty pozostają z nami na dłużej. Dlatego przestrzeni na dalsze obniżki stóp procentowych w tym roku nie widzę. Nie mogę jednak już dziś wykluczać kategorycznie cięcia np. w czwartym kwartale. Wyraźnie niższa od oczekiwań presja popytowa może spowodować, że – mimo braku powrotu cen ropy do poziomów sprzed wojny – inflacja w końcówce roku będzie spadała.

Zakładam jednak, że Rada będzie chciała poczekać przynajmniej do marca 2027 r., gdy wygasną tzw. efekty bazowe. Wybuch konfliktu w Zatoce Perskiej podbił marcowy wskaźnik inflacji [według szybkiego szacunku GUS w marcu ceny konsumpcyjne urosły względem lutego o 1 proc. – red.] i przez całe 12 miesięcy ten efekt będziemy widzieć w danych rocznych. Dopiero wtedy inflacja ma szansę spaść ponownie w okolice 2 proc. Dlatego Rada raczej nie będzie się spieszyła z kolejnymi decyzjami, tym bardziej, że zdążyliśmy po marcowym cięciu stóp dojść bardzo blisko poziomu docelowej stopy procentowej. Zakładaliśmy, że będziemy dążyć do poziomu 3,50-3,75 proc., i jesteśmy na 3,75 proc. Nie ma więc powodu spieszyć się z dalszymi obniżkami. W świecie niepewności i podwyższonej inflacji ze względów podażowych, ta stopa jest moim zdaniem dziś bliska optymalnemu poziomowi.

Czytaj więcej

Adam Glapiński: Ryzyko silnego wzrostu inflacji bardzo ograniczone

Jednocześnie: ryzyko podwyżki stóp procentowych tylko w sytuacji zaognienia sytuacji na rynku ropy i surowców, i zagrożenia trwałego wyjścia inflacji ponad 3,5 proc.?

Tak. Dodam jeszcze, że generalnie wiadomości z gospodarki – z punktu widzenia RPP – są dobre. Nominalna dynamika wynagrodzeń będzie zapewne jeszcze spadała, co powinno hamować popyt konsumpcyjny. Kurs złotego zachowuje się stabilnie, nie reagując zbyt mocno na wieści z Bliskiego Wschodu. Trzeba jasno powiedzieć: mamy obecnie zupełnie inny konflikt niż w 2022 r. Ówczesny scenariusz inflacyjny nie powtórzy się, nie ma po temu warunków.

Mówił o tym też podczas czwartkowej konferencji prasowej prezes Glapiński. Zwracał uwagę, że wówczas skala wzrostu cen na rynku surowców była znacznie większa, rynek pracy rozpalony, a popyt gwałtownie rósł po pandemii. Mówił też, że jeśli zawieszenie broni na Bliskim Wschodzie zostanie przedłużone i nastąpi początek szybkiej odbudowy infrastruktury, to wówczas RPP nie obawia się efektów drugiej rundy. Zgadza się pan z tym?

Tak. Z danych wynika, że pracownicy nie zgłaszają silnej presji na wzrost wynagrodzeń, a po stronie firm nie ma gotowości do podwyżek. Dla inflacji to jest dobra informacja. Wystąpienie efektów drugiej rundy w takich warunkach będzie bardzo trudne. Nie widzimy też bardzo dużego skoku cen na światowych rynkach żywności. Miejmy więc nadzieję, że konflikt w Zatoce Perskiej szybko się skończy. Wydaje się, że dostajemy coraz silniejsze sygnały, że nikomu nie zależy, żeby on trwał dłużej.

Przed Wielkanocą PiS złożyło projekt ustawy o obniżeniu stawki VAT na żywność z 5 do 0 proc., argumentując to wielką drożyzną. Tymczasem inflacja cen żywności to raptem około 2 proc. r/r, czyli jest niska na tle ostatnich wielu lat. Dla porównania, gdy w 2022 r. rząd Zjednoczonej Prawicy obniżał VAT na żywność, dynamika cen żywności dochodziła do 10 proc. r/r, potem przekraczała nawet 20 proc. Z jednej strony, jestem w stanie zrozumieć motywacje czysto polityczne stojące za złożonym projektem i retoryka partyjną. Ale z drugiej, jak to wygląda z punktu widzenia członka RPP? Czy takie próby podkręcania, tworzenia percepcji wysokiej inflacji – wbrew danym, de facto podważając wiarygodność statystyki publicznej – psują robotę Radzie?

To po prostu wszystko nieprawda, nie ma żadnej drożyzny. Przecież właśnie szczególnie niska inflacja cen żywności zaskakiwała nas bardzo pozytywnie w ostatnich miesiącach, to głównie z niej wynikała niespodzianka inflacyjna w drugiej połowie 2025 r. I to ona tworzyła przestrzeń do obniżania stóp procentowych, co miało miejsce w kolejnych miesiącach zeszłego roku i na początku marca br. Teraz wykorzystuje się konflikt w Zatoce Perskiej do bardzo populistycznego postulatu. Z jednej strony co chwilę mówi się o złej sytuacji finansów publicznych, a z drugiej zgłasza tego rodzaju postulaty, uzasadnienie których oderwane jest od rzeczywistości.

Obniżenie stawki VAT na żywność to kompletnie nieodpowiedzialna ekonomicznie i finansowo propozycja. Przecież sytuacja finansów publicznych jest ważna także z punktu widzenia polityki pieniężnej. Gdyby dziś deficyt wynosił nie 7 proc. PKB, ale np. 3 proc., to zapewne stopy procentowe też byłyby jeszcze niższe, a ludziom byłoby łatwiej choćby obsługiwać kredyty. To być może zbyt skomplikowane, żeby wszyscy uchwycili te zależności. A to pozwala zgłaszać tego rodzaju postulaty.

Czy mimo wszystko wzrost inflacji (choć w przedziale celu NBP) i to, co wiedzimy w cenach paliw, które mają wpływ na generalną percepcję poziomu cen w gospodarce, budzi w RPP obawy o wzrost oczekiwań inflacyjnych? Według danych GUS, w marcu były one najwyższe od trzech lat.

Te oczekiwania są mocno adaptacyjne. Wybuchł konflikt i wszyscy zobaczyliśmy, jak ropa drożeje do 120 dol. za baryłkę. Pierwsze, co wtedy przychodzi do głowy, to że ceny wzrosną. I wzrosły. Jednak kiedy wojna się zakończy, dojdzie do odwrotnej sytuacji: ludzie obniżą oczekiwania, bo zobaczą, że nie ma powodu, aby inflacja rosła. Mieliśmy też interwencję rządu: obniżenie VAT i akcyzy na paliwo oraz wprowadzenie ceny maksymalnej. Stało się to niestety kosztem budżetu, ale było uspokajające dla społeczeństwa i na te oczekiwania pewnie także wpłynie obniżająco.

Czytaj więcej

We wzroście produktywności Polacy są „europejskimi Chińczykami"

Z jednej strony program Ceny Paliwa Niżej (CPN) hamuje inflację i pewnie oczekiwania inflacyjne, wspiera konsumpcję, z drugiej uderza w finanse publiczne. Jak widzi pan bilans kosztów i zysków z tego działania?

CPN jest zaplanowany do końca kwietnia i myślę, że nie będzie potrzeby jego przedłużania, bo będzie już po konflikcie. W związku z tym ta interwencja będzie krótkookresowa. W takim scenariuszu koszty nie będą wysokie. Natomiast gdyby program miał trwać długo, na co się jednak nie zanosi, to będzie już istotnym obciążeniem dla budżetu. Ostro o tym programie wypowiedziała się Rada Fiskalna.

Tymczasem dane za 2025 r. znów zaskoczyły negatywnie, deficyt sektora finansów publicznych sięgnął 7,2 proc. PKB.

Spodziewałem się, że będzie co najmniej o 0,7 pkt proc. niższy. Dane o VAT pod koniec roku były dobre, nie było potrzeby nowelizacji budżetu, część wydatków była blokowana. Ale niestety moje prognozy się nie sprawdziły. Tym bardziej miejsca na tego rodzaju programy jak obniżka VAT na żywność przy inflacji cen żywności na poziomie 2 proc. nie ma. Z drugiej strony rozumiem, że w pewnych nadzwyczajnych okolicznościach państwo chce pokazać swoją użyteczność.

A nie jest tak, że bez tego działania osłonowego, przy obecnych cenach paliw, podwyżka stóp procentowych byłaby bardziej prawdopodobna?

Nie. Stopami procentowymi ceny benzyny nie obniżymy. Tak jak mówiłem: marcowy wzrost cen paliw będziemy widzieć w danych o inflacji za kolejnych 12 miesięcy, ale nie jesteśmy w stanie na to w żaden sposób oddziaływać. Podobnie na to, że rząd obniża czy podnosi VAT albo akcyzę, RPP także nie powinna reagować. Mimo wpływu na wskaźnik cen towarów i usług konsumpcyjnych, to są procesy administracyjne, nie inflacyjne.

Słowem: ewentualna podwyżka stóp procentowych byłaby możliwa raczej w przypadku trwałego odbicia inflacji bazowej.

Tak, tymczasem w prognozach sytuacja wygląda w tym zakresie bardzo korzystnie.

Podczas czwartkowej konferencji prezes Glapiński powiedział: „widać, że nie szykuje się polityczne porozumienie w kwestii wykorzystania niezrealizowanej nadwyżki wartości złota wynikającej ze zmian cen”. Z jednej strony, koalicja rządząca rzeczywiście zignorowała prezydencki projekt, niemniej to o tyle zrozumiałe, że zakładał on, iż zysk NBP trafiałby do specjalnego funduszu, na który Pałac Prezydencki miałby kluczowy wpływ (bez zgody przedstawicieli prezydenta i BBN nie można by niczego zrobić). Jednocześnie PSL złożyło bliźniaczy projekt, ale w którym pełnia decyzji co do wydatków obronnych pozostaje w rękach rządu. Premier i minister finansów mówili też, że skoro NBP ma możliwość realizacji nadzwyczajnego zysku, to przecież może zrobić to w każdej chwili, a zgodnie z obecnymi przepisami 95 proc. tej kwoty trafi do budżetu. Czy podczas posiedzeń RPP ten temat żyje? Jak nie prezydencki pomysł to żaden czy jednak pomysł wykorzystania wzrostu wartości rezerw złota nie jest całkiem zamknięty?

Czysto teoretycznie niezrealizowane przychody ze złota można by zrealizować, sprzedając złoto. Natomiast dla mnie kluczowe jest inne pytanie: kto miałby podejmować tę decyzję i w oparciu o jakie kryteria? To jednak duże wejście NBP do polityki fiskalnej, gospodarczej, zbrojeniowej. Pytanie, czy rzeczywiście taka jest rola banku centralnego? W nadzwyczajnych czasach, w sytuacji jakiegoś bezpośredniego zagrożenia, na pewno tak. Natomiast czy obecnie? Nie potrafię ocenić, gdzieś jest ta granica, punkt przegięcia, kiedy można taką operację zrobić, a kiedy nie. Według mnie potrzebny byłby tu projekt nadzwyczajnej ustawy regulujący te kwestie: w jakich okolicznościach, w oparciu o jakie kryteria i kto miałby podejmować takie decyzje o realizowaniu nieplanowanych przychodów, na przykład ze sprzedaży złota czy wykorzystywaniu ewentualnej, jakoś zdefiniowanej, nadwyżki rezerw walutowych.

To postawię pewnie kontrowersyjną tezę: może należałoby zlikwidować lub zmienić obecne przepisy, zgodnie z którymi zysk NBP w 95 proc. zasila budżet państwa? NBP jasno zasygnalizował, że może „wygenerować” na złocie wysokie zyski, o ile zostaną przeznaczone na wskazany przez niego cel. W tym przypadku był on bardzo ważny: obronność. Niemniej to uświadomiło ryzyko, że kiedyś bank centralny pod czyjąś władzą może wspierać gigantycznymi kwotami tylko określone rządy i przedsięwzięcia czy obietnice. Może należałoby przeciąć tę potencjalną formę zależności pomiędzy NBP a rządem?

To chyba nie byłoby dobre rozwiązanie. Wydaje mi się, że społeczeństwo powinno mieć jakieś korzyści z posiadania własnego banku centralnego. Natomiast rzeczywiście NBP zasygnalizował, że w zależności od tego, co zrobi, będą dodatkowe pieniądze albo nie. Tu dochodzimy właśnie do tego punktu przegięcia, o którym mówiłem: kiedy dopiero można by coś takiego zrobić. Ustawa o NBP mówi, że bank centralny zarządza rezerwami. Pytanie, co mieści się w normalnym „zarządzaniu”: czy tylko bieżące inwestowanie czy także ich dyskrecjonalna sprzedaż, by wpłacić środki do budżetu czy do funduszu w BGK. Nie jestem prawnikiem, ale wydaje mi się, że nie ma tu jasności. Nie ma przepisu, który wprost odnosiłby się do tej sytuacji: w jakich okolicznościach można by powiedzieć, że mamy nadwyżki rezerw i można je sprzedać, a zysk przekazać rządowi. I kto miałby o tym decydować? Prezes NBP chyba takiej odpowiedzialności nie powinien ponosić. To oczywiście trochę co innego niż to, o czym była mowa przy „polskim SAFE”, czyli zmianie struktury rezerw walutowych. Ale to też już nie mieściło się według mnie w typowym zarządzaniu rezerwami przez NBP, raczej pewnym strategicznym myśleniu o nich.

Wracając więc do pańskiego pytania: uważam, że zamiast znoszenia przepisu o 95 proc. zysku NBP wpłacanego do budżetu, lepsze byłoby przyjrzenie się przepisom dotyczącym tego, kto może podjąć decyzję o wykorzystaniu rezerw, kto ma być jej inicjatorem, jak zdefiniować poziom minimalny rezerw i jak zdefiniować nadwyżkę, itd. I na koniec uspokajająco dodam, że NBP jest członkiem Europejskiego Systemu Banków Centralnych. Uczestniczy zatem w pewnych działaniach ESBC: m.in. statystycznych i regulacyjnych, choć nie współdecyduje o polityce pieniężnej strefy euro – to pozostaje domeną Eurosystemu. Rysowany przez pana scenariusz zaangażowania się politycznego pieniędzmi NBP z pewnością spotkałby się z gwałtowną reakcją ESBC, wszystkich pozostałych jego członków.

O rozmówcy

Dr Ludwik Kotecki

Członek Rady Polityki Pieniężnej (powołany 12 stycznia 2022 r. przez Senat RP), były dyrektor, podsekretarz stanu, sekretarz stanu i główny ekonomista w Ministerstwie Finansów. Były pełnomocnik rządu do spraw wprowadzenia euro w Polsce. Były zastępca dyrektora wykonawczego w Międzynarodowym Funduszu Walutowym w Waszyngtonie.