Reklama

Główny ekonomista BNP Paribas BP: Polskę w tym roku czeka boom inwestycyjny

Na szczęście nie jesteśmy już w takim momencie historii gospodarczej, że chcielibyśmy konkurować tylko poprzez niższe płace naszych pracowników, które tak naprawdę oznaczają petryfikację biedy - mówi Michał Dybuła, główny ekonomista BNP Paribas Bank Polska.

Publikacja: 16.02.2026 06:00

Główny ekonomista BNP Paribas BP: Polskę w tym roku czeka boom inwestycyjny

Foto: materiały prasowe

Wzrost wynagrodzeń w polskiej gospodarce narodowej przyspieszył w IV kwartale do 8,5 proc. r/r, z 7,5 proc. w III  kwartale. Przerwany został tym samym trwający ponad rok trend spadkowy. Czy te dane to wyjątek – efekt hojnych dodatków rocznych i świątecznych – czy sygnał, że dynamika płac już nie hamuje?

Rzeczywiście, dane okazały się nieco wyższe niż można się było spodziewać. Takich „niespodzianek” nie da się jednak uniknąć. Mimo wszystko dynamika wynagrodzeń znajduje się jednak w trendzie spadkowym, przynajmniej w ujęciu nominalnym. Spodziewamy się, że średnie wynagrodzenie w gospodarce narodowej w 2026 r. zwiększy się o około 5,5 proc. r/r, zaś w sektorze przedsiębiorstw o nieco ponad 6 proc. Byłoby zaskoczeniem, gdyby wzrost wynagrodzeń zatrzymał się w okolicach 7-7,5 proc. i nie chciał dalej spadać. To przekładałoby się na szybszy wzrost popytu konsumpcyjnego i w efekcie na wyższą krajową presję na ceny.

Dlatego musimy bacznie obserwować dane o płacach. To będzie bardzo istotny czynnik składający się na perspektywy inflacji i w efekcie na decyzje o stopach procentowych. Gdyby w efekcie przyspieszającego wzrostu gospodarczego i rosnącego popytu na pracę dynamika płac utrzymała się na wyższym od obecnych oczekiwań poziomie, byłby to sygnał dla banku centralnego, żeby nie przesadzać z obniżkami stóp procentowych.

Czytaj więcej

GUS pokazał pierwszy odczyt. Inflacja przebiła oczekiwania rynku

W scenariuszu bazowym jednak zakładacie, że dynamika cen usług i inflacja bazowa – już i tak najniższe od sześciu lat – będą istotnymi czynnikami przemawiającymi za niską inflację w tym roku. Co jeszcze?

Pomaga stabilizacja cen surowców. Wprawdzie m.in. ceny energii są na wyższych poziomach niż przed wybuchem wojny na Ukrainie, są jednak niższe niż kilkanaście miesięcy temu. Do tego dochodzi silna aprecjacja złotego, przede wszystkim względem dolara.

Ważny jest też efekt rosnącego importu z Chin. Można powiedzieć, że to „niedobra dezinflacja”, bo choć niewątpliwie cieszy konsumentów w Polsce i generalnie w Europie, to jednak uderza w firmy z branż przemysłowych. Ceny produkcji sprzedanej przemysłu spadają, co powoduje, że przychody firm nie bardzo chcą rosnąć, mimo że w ujęciu realnym produkcja przyspiesza. To dalece niekomfortowa sytuacja z punktu widzenia sytuacji finansowej przedsiębiorstw i perspektyw ich zyskowności.

Reklama
Reklama

Jak polski przemysł radzi sobie z chińską konkurencją?

Radzi sobie o tyle nieźle, że nasz przemysł produkuje przede wszystkim dobra relatywnie proste. Eksportujemy dużo żywności, w tym przetworzonej, ale akurat w tej branży, przynajmniej na razie, konkurencja nie wydaje się aż tak mocno osłabiać perspektyw finansowych. Wytwarzamy też dość dużo dóbr inwestycyjnych i pośrednich wykorzystywanych w procesach inwestycyjnych, w tym budowie i modernizacji infrastruktury. Są to wyroby, których nie opłaca się przewozić na duże odległości, np. materiały budowlane, cement, konstrukcje stalowe. To też istotne biorąc pod uwagę ożywienie inwestycyjne w kraju i naszym najbliższym sąsiedztwie, przede wszystkim w Niemczech.

Konkurencja oczywiście jest i uwidacznia się w cenach, niemniej nie cierpimy tak mocno jak gdybyśmy byli mocniej zaangażowani np. w produkcję samochodów. Sektor automotive to oczywiście ważna część polskiego przemysłu, niemniej u nas produkuje się głównie części i akcesoria do pojazdów, a ta działka nie jest aż tak podgryzana przez chińską konkurencję.

W tym roku polska gospodarka ma być „gospodarką Złotowłosej”. Czyli: „w sam raz”, ze stabilną, niską inflacją, a jednocześnie dość wysokim wzrostem PKB. „Dość wysokim”, bo to już nie 5-6 proc. w szczycie cyklu jak kilka lat temu, tylko około 4 proc. Niemniej będzie on zapewne najwyższy w UE, napędzany ożywieniem inwestycyjnym.

Powiedzmy wprost: boomem. Z Unii otrzymamy w tym roku około 40 mld euro. Efekt mnożnikowy tych środków również będzie bardzo solidny. Dodatkowo, od połowy 2025 r. obserwujemy wzrost inwestycji przedsiębiorstw, a to nie koniec. W perspektywie kolejnych kilku kwartałów inwestycjom firm dobrze wróżą dane o kredycie inwestycyjnym. Nareszcie też rentowność sektora przedsiębiorstw zaczęła się poprawiać, aczkolwiek oczywiście sytuacja jest mocno zróżnicowana pomiędzy branżami.

Inwestycje przedsiębiorstw stanowią około połowę łącznych nakładów kapitałowych w polskiej gospodarce. Dlatego to świetna wiadomość, że mamy zarówno fundusze unijne, jak i rozkręcający się cykl wzrostu nakładów kapitałowych w firmach. Do tego dochodzą też inwestycje publiczne, w tym związane z obronnością. Myślę, że statystyki inwestycji mogą nas zaskoczyć na plus w 2026 r.

O ile więc nic zaskakującego się nie stanie, to 2026 r. powinien być rokiem bardzo przyzwoitego wzrostu gospodarczego, przekraczającego średnioterminowy potencjał naszej gospodarki.

Na ile szacujesz aktualny potencjał?

To już nie jest 4,5-5 proc., jak kiedyś, lecz pewnie bliżej 3 proc., a w perspektywie kolejnych dwóch-trzech lat gdzieś w przedziale 2,5 i 3 proc. Ale nie ma się co na to „obrażać”. Jako gospodarka wykonaliśmy duży skok na przestrzeni ostatnich 20-25 lat. Siłą rzeczy trudno jest rosnąć w tempie 5 proc. rocznie, będąc już dość dobrze rozwiniętą i „dużą” gospodarką. Zwłaszcza, że czynników, które mimo wszystko rozwój gospodarczy hamują, jest niemało. Wiemy, jak wygląda sytuacja demograficzna i wiemy, że wzrost siły roboczej wynikający z migracji też jest już chyba za nami. Robotyzacja czy digitalizacja postępuje, ale one też nie będą drastycznie podbijać nam produktywności z roku na rok.

Reklama
Reklama

Czytaj więcej

Polska gospodarka zakończyła 2025 rok z czteroprocentowym przytupem

Jeszcze wracając do 2026 r. – co z zagranicą, z perspektywy polskiej gospodarki?

Zakładamy, że będzie lepiej. Dane z Niemiec potwierdzają, że środki budżetowe w ramach pakietu inwestycyjnego zaczęły rzeczywiście trafiać do gospodarki. To jest dla nas bardzo pomocne. Koniunktura w branżach przemysłowych produkujących np. części do maszyn czy materiały budowlane – czyli to, co jest potrzebne zarówno polskim inwestycjom, jak i inwestycjom infrastrukturalnym w Niemczech – jest naprawdę dobra.

Zakładamy, że niemiecka gospodarka będzie w stanie wyrwać się ze stagnacji i urośnie w tym i kolejnym roku o ponad 1 proc. r/r. W rezultacie polski eksport może rosnąć w tempie 4,5-5 proc. rocznie, może nawet szybciej. Zapewne import będzie rósł jeszcze szybciej – nie tylko ze względu na „wsad” potrzebny do dalszego eksportu dóbr, ale też wysoki popyt krajowy: zarówno inwestycyjny, jak i konsumpcyjny. Nie spodziewamy się negatywnych zaskoczeń po stronie konsumpcji: realne dochody do dyspozycji będą rosły w przyzwoitym tempie, a stopa oszczędności – przy około 1-1,5-procentowej realnie stopie procentowej – powinna się ustabilizować na obecnym poziomie.

W jednym ze swoich niedawnych komentarzy napisałeś, że „najważniejszym czynnikiem ryzyka dla gospodarki pozostanie polityka, zarówno ta w wymiarze międzynarodowym, jak i – być może – krajowym”. Jakim czynnikiem ryzyka dla gospodarki może być polityka krajowa?

Polska scena polityczna wydaje się rozchwiana. Mamy trudną kohabitację pomiędzy rządem a prezydentem, a emanacją tego są weta, których większość parlamentarna nie jest w stanie odrzucić. To nie ułatwia prowadzenia spójnej polityki gospodarczej.

Drugi aspekt to polityka fiskalna. Gospodarka rosnąca grubo powyżej potencjału nie powinna mieć deficytu 6-6,5 proc. PKB, nawet biorąc poprawkę na wzmożone wydatki na obronność – które podbijają nam deficyt o 2-2,5 proc. PKB. Bez konkretnej korekty finanse publiczne mogą nam w którymś momencie „zaciążyć”, zwłaszcza gdyby nastawienie rynku nagle się pogorszyło. Jeśli bowiem wzrost potrzeb pożyczkowych ponad plany Ministerstwa Finansów zderzyłby się z nie najlepszą sytuacją na rynku, to poprzez wyższą premię fiskalną mogłoby to rzutować na koszty finansowania sektora prywatnego. To zaś bezpośrednio pogarszałoby perspektywy ekonomiczne.

Zacząłem porównaniem gospodarki do bajki o „Złotowłosej” nie bez przyczyny. W końcu bowiem w tej opowieści zjawiły się niedźwiedzie, które mocno wystraszyły dziewczynkę. Zapytam wprost: czy po wyborach w 2027 r. czekają nas cięcia „socjalu” albo podwyżki podatków?

Rozsądek nakazywałby, żeby utrzymywać konieczne wydatki na zbrojenia, przeznaczać też wystarczająco dużo środków na poprawę jakości usług publicznych. To, w moim przekonaniu, wskazuje na konieczność zwiększenia przychodów sektora finansów publicznych, czyli po prostu podwyżki podatków.

Reklama
Reklama

To lepsze niż cięcie wydatków?

Według naszych szacunków mnożników fiskalnych przełożenie podwyżki podatków na tempo wzrostu gospodarczego jest mniejsze niż gdybyśmy w takiej samej skali redukowali wydatki.

Natomiast nie wiemy, kto będzie tworzył rząd po kolejnych wyborach. Zresztą nie jest przecież tak, że cała obecna opozycja mówi, że musimy podnosić podatki albo ciąć wydatki społeczne. Nie wiemy też, jak do planów budżetowych kolejnego rządu będzie odnosił się prezydent.

Najbardziej obawiałbym się scenariusza, w którym przyjdzie nam konsolidować finanse publiczne w warunkach stagnacji czy recesji. Po 2026 r. wzrost gospodarczy będzie prawdopodobnie spowalniał, a następny dołek koniunktury może przypaść na lata 2028-2029. Wówczas Polska nie będzie mieć też tak solidnej jak obecnie poduszki finansowej w postaci funduszy unijnych.

Gdy gospodarka ma się źle, naprawa finansów publicznych jest o wiele trudniejsza. Sam punkt startowy staje się gorszy, bo deficyt w warunkach dekoniunktury będzie większy. I to nie Komisja Europejska, nie unijne reguły fiskalne, ale po prostu rynek zmusi rząd do dramatycznych ruchów. A wtedy konsolidacja fiskalna może odbywać się „bez głowy”. Żeby wydobyć się z pętli rosnącego zadłużenia, ze względu na brak czasu cięte będą te wydatki, które „nie krzyczą” od razu, czyli te związane z rozwojem, inwestycjami, zwiększaniem potencjału gospodarczego. Podwyżki podatków czy cięcia wydatków społecznych – które wszak trudno wprowadza się w warunkach recesji czy spadku zatrudnienia – zostawi się na koniec.

Czytaj więcej

Mamy zwycięzców konkursu prognoz ekonomicznych
Reklama
Reklama

Czy Polsce grozi scenariusz rumuński? W 2025 r. tamtejszy rząd został zmuszony sytuacją rynkową do rozpisania wieloletniego planu radykalnej konsolidacji fiskalnej. Z drugiej strony, Polskę od Rumunii różni między innymi dość zrównoważony bilans płatniczy.

Sytuacji Rumunii nie można oczywiście przekładać jeden do jednego na Polskę. Natomiast warto prześledzić sam mechanizm, że nagle trzeba zrobić bardzo dużo, aby obronić rating inwestycyjny i obniżyć koszty finansowania długu publicznego.

Trzeba też jasno powtórzyć: dociskanie fiskalnej śruby nie jest obojętne z punktu widzenia wzrostu gospodarczego. Najlepiej byłoby więc, gdyby konsolidację finansów publicznych przeprowadzać w warunkach przyzwoitej koniunktury – gdy właściwie jedynym jej kosztem dla społeczeństwa jest wolniejszy wzrost realnych dochodów.

Czy wśród niedźwiedzi, które mogą poturbować „polską Złotowłosą", jest też niska innowacyjność? W niedawnym raporcie Międzynarodowy Fundusz Walutowy odnotował, że mamy wysoki na tle UE wzrost produktywności pracy (około 3 proc.), ale w przyszłości „oczekuje się jednak jego spowolnienia, ponieważ wyczerpują się efekty nadrabiania zaległości oparte na naśladownictwie i transferze technologii, a jednocześnie widoczne są ograniczone przejawy własnej innowacyjności (np. w liczbie zgłoszeń patentowych czy nakładach na badania i rozwój) w porównaniu z wcześniejszymi przykładami udanej konwergencji”.

Nietrudno zauważyć, że nie tylko jako Polska, ale cała Europa, nie jesteśmy czempionami innowacyjności. Nie jesteśmy też – jako Polska – czempionem, jeśli chodzi o robotyzację przemysłu i digitalizację usług. Tutaj tkwią z pewnością jeszcze rezerwy dla dalszego wzrostu. Ale, aby można było je uruchomić, warto najpierw dokończyć m.in. transformację energetyczną – aby prąd był pewny i w miarę tani.

Kwestia transformacji energetycznej jest szalenie ważna i słusznie wybrzmiewa jako priorytet zarówno w KPO, jak i planach rozdysponowania środków z regularnego budżetu unijnego. Energii elektrycznej będziemy potrzebowali o wiele więcej, aby móc tanio i dużo produkować. Od tego nie ma odwrotu, zwłaszcza, że – i na szczęście – nie jesteśmy już w takim momencie historii gospodarczej, że chcielibyśmy konkurować tylko poprzez niższe płace naszych pracowników, które tak naprawdę oznaczają petryfikację biedy.

Michał Dybuła

główny ekonomista BNP Paribas Bank Polska S.A. i dyrektor Departamentu Analiz Ekonomicznych i Sektorowych banku. Z Grupą BNP Paribas związany od 2001 r. Wraz z zespołem przygotowuje analizy również dla innych rynków regionu, m.in. Czech, Słowacji, Węgier, Słowenii, Rumunii, Niemiec i Rosji. Dybuła pracował też w Banku Światowym jako ekonomista dla Polski, oraz jako analityk w CDM Pekao S.A. Jest absolwentem Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie. Zespół ekonomistów BNP Paribas BP kierowany przez Dybułę wygrał konkurs prognoz miesięcznych „Parkietu” za 2025 r.

Gospodarka krajowa
Duże hamowanie tempa wzrostu płac. Nowe dane GUS
Materiał Promocyjny
AI to test dojrzałości operacyjnej firm
Gospodarka krajowa
SAFE tańszy niż polski dług?
Gospodarka krajowa
Polski konsument coraz częściej może i wydawać, i oszczędzać
Gospodarka krajowa
Donald Tusk: To będzie rok turboprzyspieszenia. Za 5-6 lat dogonimy Wielką Brytanię
Gospodarka krajowa
Rynek LPG ma duże znaczenie dla polskiej gospodarki
Gospodarka krajowa
Nie jesteśmy od przejmowania steru. Jesteśmy od ostrzegania przed mieliznami
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama
Reklama