Przypomnijmy. Będzie on dotyczył spółek paliwowych i gazowych, a dodatkowo rykoszetem dostaną ich akcjonariusze, w tym oszczędzający m.in. w IKE/PPK/OFE czy IKZE. Czyli standard – zabierzmy jednym, aby dać innym, a przy okazji zdobyć kilka punktów w rankingach przed wyborami. Kwintesencja polityki gospodarczej ostatnich lat oraz niezła reklama dla rynku kapitałowego. Nieprawdaż?
Jako argument za podatkiem słyszymy: „Sytuacja jest paradoksalna: im wyższe ceny na rynkach światowych i im więcej ludzie płacą na stacjach benzynowych, ci, którzy działają w tym biznesie, mają większe zyski”.
Brzmi efektownie – to wręcz odkrycie uderzające w samo serce kapitalizmu. „Firmy zarabiają więcej, gdy klienci płacą więcej za ich produkty...” Ceny ropy i gazu rosną, rosną też przychody firm sektora paliw. W części jednak dlatego, że dziś sprzedają one po cenach rynkowych zapasy kupione wcześniej po niższych cenach. Taniej nie mogą, bo w tej sytuacji groziłoby to szybką sprzedażą całego towaru (eksport). Pamiętajmy, że większość firm, w tym sektor paliwowy czy gazowy, stara się trzymać stabilne marże, liczone jako proc. wartości sprzedaży. Im droższy jest produkt, tym wyższy jest też najczęściej zysk.
Zastanówmy się, czy jest jeszcze ktoś, kto korzysta na wyższych cenach (nie tylko ropy, ale i ogólnie, także pietruszki czy mieszkań). Otóż jest to budżet państwa. Gdy ceny rosną, rosną wpływy z VAT oraz – pośrednio – z PIT i CIT. Inflacja, która napędza ceny, działa jak wspólnik fiskusa: zwiększa wpływy podatkowe bez formalnego podnoszenia stawek. Parafrazując więc wypowiedź polityka: „sytuacja jest tak paradoksalna: im wyższe ceny w gospodarce i im więcej konsumenci płacą za swoje zakupy, tym więcej zarabia budżet państwa”. Czy słyszymy wtedy: musimy ograniczyć „nadmiarowe” dochody budżetu, zmniejszając np. stawkę VAT czy PIT? Nie!
Zwolennicy nowego podatku wskazują, że obecnie część zysków firm to skutek nadzwyczajnej sytuacji. Powstaje jednak pytanie: gdzie przebiega granica między „normalnym” a „nadmiarowym” dochodem? Odpowiedź na to pytanie jest niestety polityczna. Zysk firm jest akceptowalny, dopóki nie przyciąga uwagi opinii publicznej. Gdy pojawia się w czołówkach gazet, wtedy jest „nadmiarowy”. I natychmiast należy go wtedy firmom, które go wypracowały nie tylko dzięki wzrostom cen, ale też dzięki np. wysokiej efektywności działania – odebrać. Przypomina to trochę sytuację z wyższym CIT od banków: wyższe stopy procentowe przełożyły się na wzrost przychodów banków w podobnym stopniu w każdym z nich, jednak najwięcej nowej daniny zapłacą te najbardziej efektywne.
Obecnie nieważny jest prawdziwy powód wysokich zysków spółek paliwowych, nikt nie zwraca uwagi, ile stracą, gdy cena ropy czy gazu spadnie. Pamiętajmy, że sektor paliwowy jest dość cykliczny – okresy wysokich zysków przeplatają się z latami słabych wyników. Czy wtedy spółki te – analogicznie do obecnego podatku od „nadmiarowych” zysków – dostaną rekompensaty za nadmiernie niską rentowność?
Na koniec chciałem zwrócić uwagę na jedno: gospodarka rynkowa ma tę cechę, że czasem nagradza tych, którzy akurat znaleźli się po właściwej stronie rynku. Polityka w ostatnich latach niestety ma z kolei tendencję do odbierania im tych nagród. Z taką sytuacją mamy obecnie właśnie do czynienia.