Taki ogrom zagadnień trudno pomieścić w jednej głowie, więc z oczywistych względów im większa spółka, tym więcej osób zajmujących się zarządzaniem finansami i tym wyższy próg zaangażowania CFO danym problemem. Systematycznie rośnie też poziom różnego rodzaju rozwiązań IT, które z jednej strony bardzo wspomagają CFO, z drugiej jednak – kreują nowe ryzyka. Oczywiście wsparcie informatyczne np. przy raportowaniu czy konsolidacji spółek jest absolutnie niezbędne i dobrze, że mamy do tego właściwe narzędzia. Dobrze też, że rozwój technologiczny pozwala na wdrożenie rozwiązań IT wraz z wchodzeniem w życie nowych wymogów regulacyjnych (jak np. przejrzystość płac). Ale rosnące uzależnienie od tego typu systemów musi budzić niepokój. Zwłaszcza w kontekście wszelkiego rodzaju cyberzagrożeń. Wprawdzie równolegle rozwija się branża ubezpieczeń, ale – z oczywistych względów – nigdy nie będzie ona w stanie w pełni tych zagrożeń dogonić.
Na samym szczycie wyzwań powiązanych z IT możemy umieścić dynamiczny rozwój sztucznej inteligencji, która (zwłaszcza w materii tak wdzięcznie poddającej się obróbce matematyczno-logicznej, jaką jest pieniądz) wspomaga nas coraz częściej w życiu codziennym i w pracy. Problemem jest jednak okiełznanie tak silnych obliczeniowo „istot”. W jaki sposób CFO (czyli człowiek) ma nadzorować innych ludzi, którzy z kolei nadzorują prace botów AI o absolutnie nadludzkich możliwościach obliczeniowych? Kto i w jaki sposób miałby się podjąć weryfikacji takich wyliczeń? W przypadku wielu spółek pokusa skorzystania z takich (praktycznie nieweryfikowalnych przez człowieka) wyliczeń będzie większa od percepcji ryzyka. Historia pełna jest przypadków upadłości spółek z powodu zbyt optymistycznych założeń (niekiedy na granicy halucynacji) człowieka, ale już niedługo możemy być świadkami upadłości spółek w wyniku halucynacji AI.
Innym problemem natury informatycznej jest kwestia funkcjonowania infrastruktury rynku kapitałowego wobec dynamicznego rozwoju technologii. Giełdy od zawsze były instytucjami centralnymi, funkcjonowały tym lepiej, im bardziej koncentrowały obrót w jednym miejscu. Centralne depozyty nawet w swej nazwie mają zaszytą naturę zgromadzenia papierów wartościowych w jednym określonym miejscu (choćby wirtualnym), dzięki czemu mogły zadbać o to, aby ich liczba w elektronicznym obrocie była taka sama, jak tych zdeponowanych. Dziś jednak, dzięki technologii DLT, możliwy jest depozyt rozproszony, a zawieranie transakcji nie musi mieć miejsca na giełdzie. Instytucje infrastrukturalne muszą się z tym zmierzyć, aby zapewnić emitentom możliwie konkurencyjne warunki funkcjonowania.
Wracając do kwestii regulacyjnych – ostatni czas przyniósł poważną odwilż w zakresie wymogów dotyczących spółek giełdowych przynajmniej w dwóch wymiarach. Pierwszy z nich to próba ograniczenia myślenia, że emitenci są idealnymi „testerami” nowych regulacji. Powoli zaczyna przebijać się myśl, że obciążanie nowymi wymogami spółek giełdowych powinno mieć miejsce tylko wówczas, jeśli jest to powiązane właśnie z ich „giełdowością”, czyli z relacjami spółka–rynek. Obecnie mamy do czynienia z inicjatywą Omnibus uzależniającą obowiązek raportowania danych ESG wyłącznie od wielkości firmy, a nie struktury akcjonariatu. Niby to oczywiste, ale w ostatnich latach testowanie na spółkach giełdowych nowych regulacji zupełnie niepowiązanych z rynkiem kapitałowym było dość częste.
Drugi wymiar to ograniczenie wymogów giełdowych. Dzięki zmianom zawartym w Listing Act spółki giełdowe mogą dokonywać nowych emisji akcji bez konieczności sporządzania i akceptacji prospektu emisyjnego. Mamy świeżą emisję spółki Energa – podniesienie kapitału o 67 proc. na podstawie kilkunastu stron dokumentu informacyjnego. Mam nadzieję, że te ułatwienia regulacyjne w połączeniu z rekordowymi wycenami skłonią emitentów do powrotu ku finansowaniu rynkowemu. Zwłaszcza, że ograniczeniu ulegają też najbardziej dotkliwe obowiązki informacyjne – spółki nie są już zobowiązane do ujawniania inwestorom (czyli wszystkim, także konkurentom) poszczególnych etapów ważnych procesów rozciągniętych w czasie (np. negocjacji) i mają realną możliwość opóźniania publikacji informacji, jeśli by to miało ograniczyć zyski akcjonariuszy.
Prowadzone są też prace nad odchudzeniem raportowania okresowego, bo przecież nie wszystkie dane zawarte w obecnych raportach są istotne dla inwestorów, a za wszystkie muszą zapłacić, nie tylko poprzez koszt sporządzenia informacji, ale przede wszystkim uwzględniając koszty korzyści utraconych wobec nadmiernej przejrzystości informacyjnej. Z drugiej strony czeka nas wdrożenie standardu MSSF 18, co w założeniu powinno pomóc inwestorom lepiej porównywać spółki. W krótszym okresie oznaczać to będzie poważne nakłady i spore zamieszanie informacyjne, ale miejmy nadzieję, że w dłuższym przełoży się na lepszą alokację kapitału i stymulować będzie rozwój rynku. O tych i innych wyzwaniach, z którymi mierzą się dyrektorzy finansowi spółek giełdowych będziemy rozmawiać podczas XIV Kongresu CFO. Jestem pewien, że dawka nowej wiedzy i wymiana doświadczeń pozwoli na wykreowanie nowych sposobów na zarządzanie finansami.