Mamy podwyżki stóp procentowych Fedu, EBC i Banku Japonii. Czy możemy już mówić o rozpoczęciu cyklu podwyżek na świecie, czy na razie jest to raczej dostosowanie polityki pieniężnej do sytuacji geopolitycznej, wysokich cen surowców i inflacji?
Na takie pytania zazwyczaj najłatwiej odpowiedzieć po fakcie, ale jeżeli spojrzymy na działania banków centralnych, to podwyżki faktycznie już się zaczęły. W przypadku EBC mamy już serię ruchów. To nie była pierwsza podwyżka i kolejna jest na horyzoncie. W przypadku Fedu jest to pierwszy ruch od dłuższego czasu, ale rynek mówi już o kolejnych – w grudniu, a pojawiają się nawet oczekiwania dotyczące października. Bank Japonii również idzie za ciosem i jak na swoje standardy wykonuje duże ruchy. Podwyżka o 25 punktów bazowych w przypadku Japonii ma zupełnie inne znaczenie niż w wielu innych gospodarkach. Moim zdaniem podwyżki się więc rozpoczęły. Jest to oczywiście związane z sytuacją na rynku surowców, przede wszystkim z cenami ropy, ale trzeba pamiętać, że inflacja nie wynika wyłącznie z cen ropy. W Stanach Zjednoczonych wynika również z siły samej gospodarki.
Można odnieść wrażenie, że podwyżka stóp przez Fed została przyjęta przez rynek wręcz z ulgą.
Jednym z powodów było to, że Fed pokazał swoją niezależność. Były obawy, że podwyżka będzie tak zwaną gołębią podwyżką. Stało się inaczej. Sama podwyżka została przeprowadzona, natomiast zaskoczeniem był mocny, jastrzębi przekaz. Fed wyraźnie mówił o konieczności walki z inflacją, o podwyższonej presji cen wynikającej nie tylko z cen ropy, ale również z siły amerykańskiej gospodarki. Kilkakrotnie podkreślano, że gospodarka rozwija się szybciej, niż wcześniej zakładano. To potwierdziło coś, co rynek już wcześniej po cichu zakładał – że na jednej podwyżce się nie skończy. Jeżeli spojrzymy na słynny dot plot, czyli oczekiwania członków Fedu, widać wskazanie na kolejną podwyżkę w grudniu. Jednocześnie polityka Fedu wpisuje się w hasło „higher for longer”.
Silna gospodarka, niezależny Fed i perspektywa wyższych stóp procentowych – to układanka sprzyjająca mocniejszemu dolarowi?
Na razie tak. Dolar radzi sobie lepiej i odbudował pozycję, choć oczywiście rynek będzie próbował tę tezę podważać. Już teraz pojawiają się argumenty, że trzeba spojrzeć na ropę. Jej cena od kilku dni spada. Pojawiają się też szanse na jakieś rozmowy pokojowe, chociaż trudno obecnie przesądzać, co z nich wyniknie. Jeżeli sytuacja na rynku ropy się uspokoi i ceny będą szybko schodziły w dół, może się okazać, że Fed podniesie stopy w grudniu, a później zrobi przerwę. W takim scenariuszu rynek mógłby zacząć grać pod tak zwaną gołębią podwyżkę w grudniu. Wówczas dolar niekoniecznie dalej by zyskiwał. Na tę chwilę jednak uważam, że amerykańska waluta odbudowała pozycję i ma szansę jej bronić.
EUR/USD znajduje się poniżej 1,15. Europejski Bank Centralny ma za sobą dwie podwyżki i mówi się, że to jeszcze nie koniec. Te podwyżki nie wystarczą żeby obronić euro?
Aby euro radziło sobie wyraźnie lepiej, potrzebowalibyśmy również silnej gospodarki europejskiej. A tutaj sytuacja jest zupełnie inna niż w Stanach Zjednoczonych. Gospodarka amerykańska ma się dobrze, co podkreśla sam Fed. Europejska wypada znacznie słabiej. Do tego dochodzi uzależnienie Europy od rynku surowców. Widzimy to zarówno na rynku ropy, jak i gazu. Duże wahania cen surowców uderzają w europejską gospodarkę. W zestawieniu ze Stanami Zjednoczonymi Europa więc przegrywa i jest to jedna z przyczyn słabości eurodolara. Do tego dochodzą perspektywy związane z zadłużeniem państw strefy euro oraz kwestie polityczne i geopolityczne. Mieliśmy wybory w Niemczech, przed nami wybory we Francji. Francja ma jednocześnie bardzo wysokie zadłużenie i problemy widoczne na rynku obligacji. Wszystko to składa się na obraz, w którym euro może przede wszystkim próbować bronić swojej pozycji. Trudniej natomiast oczekiwać, żeby w obecnych warunkach była to bardzo silna waluta. Myślę więc, że eurodolar będzie próbował bronić okolic 1,14. Nie sądzę, żeby scenariusz bardzo mocnego dolara miał się w pełni zrealizować. Z drugiej strony okolice 1,16–1,17 to poziomy, przy których mogą ponownie pojawiać się opory. Mówiąc więc trochę tradersko, na wykresie EUR/USD może być dość spokojnie.
Mówimy o bankach centralnych, które podnosiły stopy, ale są też takie, które na razie czekają. RPP nie wykonała ruchu. Do tego dochodzi ostatnia decyzja agencji ratingowej obniżającej ocenę Polski. Czy to przepis na słabszego złotego?
Złoty ma trochę problemów, ale wynikają one przede wszystkim z czynników globalnych. Pierwszym jest to, co dzieje się z dolarem. Drugim są ryzyka geopolityczne dotyczące wschodniej flanki NATO. Rynek będzie uwzględniał możliwość pojawienia się napięć w krajach bałtyckich czy szerzej na wschodniej flance. Jeżeli chodzi natomiast o RPP, to moim zdaniem zachowała się w sposób właściwy dla obecnej sytuacji – obserwuje rozwój wydarzeń. Widać jednak, że członkowie RPP mogą z czasem skłaniać się w stronę podwyżki stóp gdzieś późną jesienią albo na przełomie roku. Taki ruch mógłby wynikać z utrzymywania się wysokich cen benzyny i związanego z tym ponownego wzrostu presji inflacji. Drugim powodem byłaby potrzeba dostosowania się do działań Europejskiego Banku Centralnego i Fedu. Jeżeli dochodzimy do sytuacji, w której poziom stóp procentowych w USA jest wyższy niż w Polsce, nie jest to dobry sygnał dla polskiej waluty. Jedna podwyżka RPP pod koniec roku mogłaby więc pomóc złotemu. Jeżeli zaś zastanawiamy się, czy złoty właśnie osiągnął lokalny dołek, to patrząc w perspektywie kilkunastu dni – być może tak. Ale w perspektywie dwóch czy trzech miesięcy sytuacja może być jeszcze dość nerwowa.