Gospodarka - Kraj

To będzie przejściowy rok między krachem a boomem

Debata ekonomistów. Odbicie aktywności w polskiej gospodarce w 2021 r. jest pewne, nawet jeśli szczepienia nie zgaszą szybko pandemii. Zarówno konsumenci, jak i firmy w pewnym stopniu przystosowali się do powracających obostrzeń. Boom z prawdziwego zdarzenia bardziej prawdopodobny jest jednak dopiero w 2022 r., gdy zaczną napływać pieniądze z Funduszu Odbudowy.
Fotolia

Zwykle tę debatę rozpoczynamy od rozliczeń prognoz sprzed roku. Tym razem ten wątek można zamknąć w jednym zdaniu: prognozy z grudnia 2019 r. dotyczyły innej rzeczywistości, więc nie mogły się sprawdzić. Przewidywania z przełomu marca i kwietnia, z apogeum pierwszej fali epidemii COVID-19 w Europie, też jednak pod wieloma względami okazały się chybione. Co was najbardziej zaskoczyło w przebiegu pandemicznego kryzysu?

Monika Kurtek: W grudniu 2019 r. pojawiały się pierwsze doniesienia o koronawirusie w Chinach. Wtedy to zagrożenie wydawało się bardzo odległe. Obawy, że epidemia COVID-19 może stać się problemem globalnym, pojawiły się dopiero w lutym, ale nawet wtedy mało kto oczekiwał, że jej gospodarcze konsekwencje będą tak duże. Gdy już stało się jasne, że w związku z pandemią czeka nas recesja, praktycznie od początku zakładałam, że spadek PKB w 2020 r. sięgnie około 3,5 proc. Zaskoczeniem okazała się dla mnie natomiast sytuacja na rynku pracy. Podobnie jak większość analityków sądziłam, że konsekwencją zamknięcia gospodarki wiosną będzie znaczący wzrost stopy bezrobocia rejestrowanego, nawet do dwucyfrowego poziomu (od czerwca stopa ta utrzymuje się na poziomie 6,1 proc., w porównaniu do 5,5 proc. w lutym – red.). Wtedy jednak nie było jeszcze wiadomo, jaką skalę będzie miała pomoc publiczna i jak będzie adresowana. Gdyby tarcze antykryzysowe były mniejsze i miały inny charakter, to stopa bezrobocia prawdopodobnie byłaby wyraźnie wyższa. A w takich warunkach recesja byłaby zapewne głębsza.

Jeśli dobrze pamiętam, to pierwszym z was, który mówił o możliwości recesji w Polsce, był pod koniec lutego Jakub.

Jakub Borowski: W tych prognozach z przełomu marca i kwietnia, o których wspomniałeś, dobrze widać, co myśleliśmy wtedy o pandemii i jej implikacjach dla Polski. Wtedy już wiedzieliśmy, że rząd będzie podejmował jakieś działania, aby ograniczać negatywne skutki pandemii, ale trzeba otwarcie powiedzieć, że nie spodziewaliśmy się, że będą one tak skuteczne, a rynek pracy zostanie zahibernowany. Ze względu na to, że mierzyliśmy się ze wstrząsem bezprecedensowym, nie wyczuliśmy też dobrze falowania aktywności w gospodarce w rytm znoszenia i zaostrzania restrykcji. To dotyczy przede wszystkim konsumpcji - jej silnego spadku w II kwartale, mocnego odbicia w III kwartale i ponownego spadku w IV kwartale – bo załamanie inwestycji jest mniej więcej zgodne z naszymi ówczesnymi oczekiwaniami.

Rafał Benecki: Dla mnie pozytywnym zaskoczeniem jest to, jak światowa i polska gospodarka dostosowały się do nowych warunków. Pomimo tego, że jesienno-zimowa fala COVID-19 pod względem liczby zachorowań i zgonów jest gorsza od wiosennej, to jej negatywny wpływ na gospodarkę to około 10 proc. tego, co widzieliśmy wtedy. Antyepidemiczne ograniczenia aktywności ekonomicznej są dzisiaj o około 25-50 proc. łagodniejsze niż wiosną, ale ich negatywne skutki gospodarcze są słabsze. Widzę kilka czynników, które to tłumaczą. Po pierwsze, łańcuchy dostaw nie zostały ponownie pozrywane, przemysł działa więc bez zakłóceń. To korzystne dla gospodarek naszego regionu. Po drugie, widoczne jest pewne przesunięcie w konsumpcji. Przykładowo, spadek wydatków w gastronomii kompensuje w pewnym stopniu wzrost sprzedaży towarów związany z tym, że np. więcej gotujemy w domu. To łagodzi całkowity spadek konsumpcji. Po trzecie, zarówno w Polsce, jak i u naszych partnerów handlowych, działają uruchomione wiosną hojne programy stymulacyjne. Po czwarte, oczekiwanie na szczepionki poprawia nastroje w gospodarce. To wszystko pozwala sądzić, że kolejna fala epidemii będzie jeszcze mniej bolesna. W kwestii trafności przewidywań na przełomie lutego i marca, zanim fala Covid-19 uderzyła w rynki finansowe mówiliśmy, że prawdziwe uderzenie jest wciąż przed nami, jak może wyglądać cykl PKB, reakcja polityki gospodarczej oraz rynków stopy procentowej i giełd. Wiele z tych myśli się sprawdziło, ten tweet wciąż wisi na naszej stronie.

Piotr Bujak: To falowanie, o którym mówił Jakub, mnie tak bardzo nie zdziwiło. W prognozach z przełomu marca i kwietnia jako jedyni przewidywaliśmy wzrost konsumpcji w III kwartale po załamaniu w II kwartale i ponowny spadek, choć mniejszy, w IV kwartale. Największym zaskoczeniem była dla nas stabilność rynku pracy. W wielu krajach udało się ten rynek skutecznie osłonić przed ekonomicznymi skutkami pandemii, ale u nas udało się to wyjątkowo dobrze. To zasługa polityki antykryzysowej rządu oraz tego, że recesja była u nas płytsza – częściowo też na skutek działania tarcz, ale częściowo niezależnie od nich. Podobnie jak dla Rafała, dla mnie zaskakująca była też szybka adaptacja firm i konsumentów. To ma istotne implikacje dla oczekiwań na 2021 r. Nawet jeśli sytuacja epidemiczna się nie poprawi, to na skutek tej adaptacji – i przy wsparciu polityki makroekonomicznej – i tak możemy oczekiwać odbicia aktywności w gospodarce.

Czy uprawniona jest teza, że Polska poradziła sobie z koronakryzysem lepiej niż większość innych krajów UE? Jeśli oceniać na podstawie spadku PKB, to o taki wniosek łatwo. To jednak nie jest najlepsza miara sukcesu, bo gospodarki, które wcześniej szybko się rozwijały, naturalnie doświadczyły płytszej recesji.

Piotr Bujak: Od dłuższego czasu, jeszcze w tym wiosennym apogeum niepewności, wskazywaliśmy na czynniki, które pozwalają wierzyć, że u nas kryzys będzie łagodniejszy niż gdzie indziej. Jednym z nich jest konkurencyjność polskiej gospodarki, która zwiększała się przez kilka lat przed pandemią za sprawą relatywnego spadku jednostkowych kosztów pracy. To się wiąże m.in. z gigantyczną imigracją, która trzymała w ryzach wzrost płac. Po drugie, pomogło nam zróżnicowanie gospodarki, co wiąże się z jej skalą, ale też korzystna struktura: rola turystyki jest u nas najmniejsza spośród wszystkich państw OECD, z kolei dość dużą rolę odgrywają u nas sektor rolno-spożywczy, który był relatywnie odporny na kryzys, oraz sektor nowoczesnych usług dla biznesu. Po trzecie, w polskim przemyśle duży jest udział dóbr konsumpcyjnych trwałego użytku, których eksport szybko rósł w drugiej połowie roku. Po czwarte, przed pandemią w Polsce sporo było bezpośrednich inwestycji zagranicznych w perspektywicznych sektorach np. w nowej motoryzacji. Teraz to procentuje. Na to wszystko nałożyły się relatywnie agresywne i skuteczne działania pomocowe.

Jakub Borowski: Do tej listy czynników, dzięki którym przeszliśmy kryzys dość łagodnie, dodałbym jeszcze dobrą kondycję naszego głównego partnera handlowego. Niemcy zarządzały epidemią lepiej niż inne kraje, a jednocześnie mają w eksporcie dużą ekspozycję na gospodarki azjatyckie, które sobie dobrze poradziły z pandemią. Warto tu zwrócić uwagę na jeszcze jedną rzecz: kryzys był u nas dość łagodny pomimo tego, że osłabienie złotego było nieznaczne, nieporównywalne z deprecjacją z lat 2008-2009. To sugeruje, że konkurencyjność polskiej gospodarki w coraz większym stopniu polega na czynnikach strukturalnych.

Rafał Benecki: W tym kontekście widać jednak w Polsce kilka zjawisk niepokojących. Martwi mnie na przykład niski udział inwestycji w PKB. W obecnej sytuacji, po wybuchu Covid-19, nie jest to nic dziwnego, ale w Polsce stopa inwestycji była niska nawet przed pandemią. Wzrost inwestycji w latach przedkryzysowych był rozczarowujący na tle innych krajów regionu. Na tym powinno się ogniskować wsparcie polityki gospodarczej. Niepokoi mnie też wolne dostosowanie do unijnej polityki klimatycznej. To jest o tyle ważne, że około 20-30 proc. globalnych firm deklaruje, że kształtując swoje łańcuchy dostaw zwraca uwagę na emisyjność gospodarek i ogólnie poszanowanie zasad ESG.

Monika Kurtek: Koronakryzys wyzwolił też pewne pozytywne zmiany w gospodarce. Doszło na przykład do skokowej cyfryzacji. W ciągu kilku miesięcy pod tym względem zaszły u nas zmiany, które normalnie zajęłyby kilka lat. A wracając do relatywnej odporności polskiej gospodarki, warto zwrócić uwagę na pewną kreatywność przedsiębiorstw w omijaniu obostrzeń. Trudno to pochwalać, ale moim zdaniem złagodziło do spadek aktywności w pewnych sektorach gospodarki, np. hotelarstwie.

Piotr zauważył, że czynnikiem łagodzącym przebieg kryzysu była agresywna polityka antykryzysowa rządu. To mocno kontrastuje z powszechnymi wiosną ocenami, formułowanymi szczególnie przez organizacje pracodawców, że polski rząd działa opieszale i nieśmiało.

Jakub Borowski: Problem z oceną programów pomocowych polega na tym, że trudno o dobre porównania międzynarodowe. Te programy mają różną strukturę, wykorzystują nieco inne instrumenty, inaczej przekładają się na popyt. O tym, że polski rząd zagrał ostro, świadczy moim zdaniem strukturalny (oczyszczony z wpływu cyklu koniunkturalnego – red.) deficyt sektora finansów publicznych. W świetle prognoz KE deficyt większy niż my (wyniesie 8,2 proc. PKB – red.) będzie miał w tym roku tylko jeden kraj UE (Rumunia – red.), a pod względem wzrostu tego deficytu między 2019 a 2020 r. (o 5,3 pkt proc.) będziemy na trzecim miejscu. I to jest ściśle powiązane z sytuacją na rynku pracy.

Piotr Bujak: Zgadzam się, że nasz pakiet antykryzysowy był duży. To jest jeden z czynników tłumaczących to, że mamy lepszą sytuację gospodarczą niż inne kraje Europy. A jednocześnie koszt fiskalny – mierzony wzrostem długu publicznego w stosunku do PKB – nie będzie większy niż w innych krajach regionu i dużych krajach zachodniej Europy.

Rafał Benecki: Według naszych szacunków sama pomoc bezzwrotna wynosiła u nas równowartość 6,5 proc. PKB. Dla porównania, na Węgrzech i w Rumunii to było około 5,5 proc. PKB, a w Czechach niewiele ponad 3 proc. PKB. Pod tym względem blisko nam do Niemiec, chociaż cały program antykryzysowy, z uwzględnieniem instrumentów gwarancyjnych, tam był większy. Bez dwóch zdań pomogło nam to przejść przez kryzys w niezłej formie, ale kosztem dość wysokiej inflacji. Ten efekt uboczny hojnej polityki antykryzysowej może się w pełni uwidocznić w 2021 r.

Monika Kurtek: Dobrym podsumowaniem tego wątku są prognozy KE. Wynika z nich, że Polska będzie wśród trzech krajów UE o najmniejszym spadku PKB i wśród trzech krajów z najmniejszym wzrostem stopy bezrobocia. Jednocześnie jednak będziemy mieli spory, choć nie największy deficyt sektora finansów publicznych i najwyższą w UE inflację. Wydaje się więc, że to, że sytuacja w polskiej gospodarce nie jest tak zła, jak się obawialiśmy na początku pandemii, jest zasługą hojnych programów pomocowych. Ale te programy mają koszty, częściowo odłożone w czasie.

Piotr Bujak: Moim zdaniem inflacja na takim poziomie jak dziś jest w obecnej sytuacji zjawiskiem pożądanym. Dodatkowo, obok tarcz, łagodzi napięcia na rynku pracy. W warunkach deflacji spadek zatrudnienia byłby prawdopodobnie większy, bo firmy nie miałyby możliwości obniżenia realnych wynagrodzeń. Inflacja zmniejsza też ciężar zadłużenia, które w trakcie pandemii wzrosło.

Z waszej czwórki najwyższą prognozę wzrostu PKB w 2021 r., na poziomie 5,1 proc., ma Piotr. Prognoza Rafała jest nieco niższa, wynosi 4,5 proc.. Jakub spodziewa się wzrostu PKB o 3,6 proc., a Monika o 3 proc. Jakie są wasze uzasadnienia dla tych dość rozbieżnych scenariuszy?

Monika Kurtek: Pierwszy miesiąc 2021 r. upłynie pod znakiem kwarantanny narodowej. Jej ogłoszenie wzmaga niepewność wśród gospodarstw domowych i przedsiębiorstw, która i tak zwiększyła się mocno w związku z drugą falą epidemii. Dostępne są już szczepionki, ale ja mam wątpliwości, jak one zadziałają. Akcja szczepień może się opóźniać i będzie postępowała powoli. Dodatkowo sondaże pokazują, że duża część społeczeństwa nie chce się szczepić. Niektórzy spośród tych, którzy chcą się szczepić, mogą nie zgodzić się na drugą dawkę. Takie informacje docierają z USA. Dlatego sądzę, że będziemy mieli nie tylko trzecią falę epidemii w lutym-marcu, ale być może także czwartą na jesieni. I nawet jeśli ona będzie słabsza, to nie można wykluczyć tego, że znów potrzebne będą ograniczenia aktywności ekonomicznej. To właśnie powoduje ogromną niepewność, która może skłaniać gospodarstwa domowe do odkładania zakupów, a firmy do odkładania inwestycji. Mam też wątpliwości co do perspektyw eksportu. Niemcy, nasz główny partner handlowy, wprowadziły twardy lockdown. Czechy powróciły do silnych obostrzeń. Wielka Brytania z kolei nie może dojść do porozumienia z UE w sprawie zasad współpracy po Brexicie. To oznacza, że na każdym z naszych trzech głównych rynków zbytu istnieją jakieś zagrożenia.

Rafał Benecki: My z kolei zakładamy, że popyt zewnętrzny w 2021 r. będzie dla naszej gospodarki silnym pozytywnym impulsem. Eksport netto doda do wzrostu PKB Polski niemal tyle samo co w 2020 r. (około 0,9 pkt proc. – red.) albo niewiele mniej, a to wywoła silne efekty mnożnikowe. Wychodzimy z założenia, że postępy w akcji szczepień w połowie roku, a może nawet już w II kwartale, wyraźnie pobudzą gospodarkę strefy euro. U nas szczepienia też będą postępowały, wskutek czego odblokuje się odłożony popyt konsumpcyjny. Wyraźnego odbicia nie oczekujemy natomiast w zakresie inwestycji. Oczekujemy ich wzrostu tylko o 2 proc., przy czym to będzie głównie efekt wzrostu inwestycji publicznych o 4-5 proc. Jeśli chodzi o inwestycje prywatne, to wiele przedsiębiorstw zużyło istotną część oszczędności, co uszczupliło ich możliwości inwestycyjne. Z kolei inwestycje publiczne będą napędzały jeszcze fundusze z budżetu UE na lata 2014-2020, bo do tej pory wypłacono 60 proc. dostępnej puli, a zakontraktowaliśmy około 80-90 proc.

Czy ktoś z was spodziewa się równie niemrawego wzrostu inwestycji w 2021 r.? Nie wierzycie w to, że unijny Fundusz Odbudowy, z którego Polska ma otrzymać w najbliższych dwóch latach niemal 19 mld euro, wywoła inwestycyjny boom?

Monika Kurtek: Ja zakładam jeszcze mniejszy wzrost inwestycji, o około 1 proc. Środki unijne mogą pomóc rozruszać inwestycje publiczne, ale ten efekt zobaczymy moim zdaniem dopiero w 2022 r. Wtedy wzrost PKB rzeczywiście może przebić 5 proc.

Piotr Bujak: My spodziewamy się wzrostu inwestycji ogółem o 3,7 proc., w tym prywatnych o 2 proc.

Jakub Borowski: Nasza prognoza jest podobna. Fundusz Obudowy będzie się rozkręcał powoli, będzie dopalaczem dla inwestycji głównie w 2022 r. i 2023. Jesteśmy też sceptyczni w odniesieniu do inwestycji samorządów ze względu na to, że wiele z nich będzie zmuszonych do oszczędności. Na dodatek w inwestycjach samorządowych silny jest cykl polityczny, a wybory są odległe. Ogółem publiczne inwestycje zwiększą się naszym zdaniem o 5,2 proc., a nakłady przedsiębiorstw o 2,6 proc. po załamaniu o około 14 proc. w 2020 r. Z ankietowych badań wśród firm wiemy, że obecnie największą barierą rozwoju jest dla nich COVID, a co do tego, kiedy pandemia się skończy, istnieje spora niepewność. Stopień wykorzystania mocy wytwórczych wciąż jest zaś relatywnie niski, więc przedsiębiorstwa nie mają silnego bodźca do zwiększania inwestycji.

Z czego więc wynika twoja ostrożność w ocenie perspektyw całej gospodarki, skoro trajektorię inwestycji widzisz podobnie jak Piotr i Rafał, a oni mają wyraźnie wyższe prognozy wzrostu PKB?

Jakub Borowski: Myślę, że nieco inaczej oceniam sytuację w otoczeniu zewnętrznym. Nasze prognozy dla strefy euro i Niemiec sugerują, że odbicie PKB w 2021 r. odpowiednio o 3,9 i 2,9 proc. nie skompensuje spadku w 2020 r. A te prognozy nie uwzględniają obostrzeń wprowadzonych w grudniu, które zapewne będą obowiązywały też w styczniu. Będziemy więc mieli do czynienia z powolnym ożywieniem. Oczywiście podzielam pogląd, że szczepionki zmieniają obraz na bardziej optymistyczny, ale proces wyszczepiania populacji będzie długotrwały. Jednocześnie w dyskusji specjalistów na temat odporności zbiorowej akcenty przesuwają się od roli przechorowania do roli wyszczepienia. Podzielam tu ocenę Moniki, że w Polsce proces wyszczepiania będzie relatywnie wolny ze względu na spore obawy społeczeństwa. Przypuszczam, że różnica między naszymi scenariuszami wynika też z innej oceny perspektyw konsumpcji. My zakładamy wzrost o 3,3 proc.

Dla porównania, w scenariuszu Moniki to 2,4 proc., a w scenariuszach Piotra i Rafała 5 proc.

Jakub Borowski: Próbowaliśmy szacować, jak pandemia wpłynęła na oszczędności gospodarstw domowych, tzn. jaki był przyrost ich depozytów od lutego w porównaniu do tego samego okresu ub.r. Okazuje się, że ten bufor oszczędności nie jest wcale bardzo duży. Nie mam też pewności, co gospodarstwa domowe z nim zrobią. Nawet jeśli go przeznaczą na konsumpcję, to możliwe jest, że spora część pójdzie na import. Wiadomo, że po okresie zamknięcia w domach będziemy chcieli więcej wydawać na usługi, których nam brakowało, ale przecież nie pójdziemy do kina kilkanaście razy w miesiącu. Prawdopodobnie spora część oszczędności zostanie przeznaczona na dobra trwałego użytku, częściowo z importu. Jeśli importochłonność konsumpcji wzrośnie, to osłabnie jej przełożenie na PKB. Jesteśmy też ostrożni w ocenie wzrostu funduszu płac (suma wynagrodzeń ogółu pracujących – red.). W tym roku ze względu na walkę z pandemią zatrudnienie w sektorze publicznym wzrosło do najwyższego od 2010 r. poziomu. To oznacza, że w 2021 r. będzie wysoka baza odniesienia dla zatrudnienia w tym sektorze, a jednocześnie ustawa budżetowa zakłada zamrożenie wynagrodzeń. Spowolnienie wzrostu płac będzie zatem dotyczyło 4 mln osób, jednej czwartej ogółu pracujących. Sądzę, że będzie to ciążyło na dynamice płac, szczególnie w ujęciu realnym, i w rezultacie na wzroście konsumpcji.

Na pierwszy rzut oka różnica między skrajnymi prognozami wzrostu PKB w 2021 r. jest spora. Czy nie jest jednak tak, że gdyby uwzględnić jeszcze 2022 r., to te scenariusze okazałyby się podobne? Innymi słowy, czy nieco silniejsze odbicie PKB w 2021 r. będzie oznaczało słabszy wzrost w 2022 r., i odwrotnie, niemrawe odbicie w przyszłym roku będzie początkiem silnego ożywienia za dwa lata?

Piotr Bujak: Moim zdaniem zarówno 2022 r., jak i 2023 r., też powinny być udane. W najbliższych trzech latach wzrost PKB będzie średnio w okolicy 5 proc. Nie sądzę, żebym był hurraoptymistą. W gruncie rzeczy prognozy całej naszej czwórki są podobne, wszyscy zakładamy solidne odbicie. Zakładamy, że dynamika PKB w 2021 r. będzie o 6-8 pkt proc. wyższa niż w 2020 r. W tak nadzwyczajnej sytuacji, z jaką mamy dziś do czynienia, różnice prognoz rzędu 2 pkt proc. nie są bardzo duże. Mam wrażenie, że wszyscy dostrzegamy te same mechanizmy.

Prognozę konsumpcji masz jednak bardzo wysoką.

Piotr Bujak: To wynika z tego, że nieco inaczej widzę rozkład ryzyka w rozwoju sytuacji epidemicznej. Jest sporo ekspertów, którzy celnie ostrzegali przed drugą falą COVIDU, a teraz uspokajają, że trzecia będzie łagodna albo nie będzie jej wcale i wiosną pandemia się skończy. Niepewność co do przebiegu pandemii jest duża, ale jest symetryczna: może być gorzej niż się powszechnie oczekuje, ale może też być lepiej. Ale – i to jest bardzo istotne – ze względu na adaptację, o której mówiliśmy, zakończenie pandemii nie jest warunkiem tego, żeby gospodarka zaczęła normalnie funkcjonować. Ona może jeszcze trwać nawet kilka lat, ale bez takich konsekwencji gospodarczych jak w tym roku. Kluczowe jest to, żeby natężenie epidemii utrzymać mniej więcej na takim poziomie, jak latem. Wtedy nie będą potrzebne najbardziej dotkliwe restrykcje. I naszym zdaniem w związku z programem szczepień liczba ciężkich przypadków COVIDU i liczba hospitalizacji będzie się zmniejszała na tyle, że już od II kwartału takich bolesnych ograniczeń aktywności nie będzie, a uczestnicy życia gospodarczego będą mieli co do tego pewność.

A czy nie jest tak, że niezależnie od przebiegu epidemii, można pesymistycznie oceniać perspektywy konsumpcji? Jakub mówił o tym, że w sektorze publicznym jest wysoka baza odniesienia dla funduszu płac. Są też głosy, że sytuacja na rynku pracy wcale nie jest tak dobra, jak się na pierwszy rzut oka wydaje.

Monika Kurtek: To jest coś, co stoi za moją ostrożną prognozą konsumpcji. Ten rok skończymy prawdopodobnie ze stopą bezrobocia rejestrowanego na poziomie 6,3 proc., a w 2021 r., pomimo odbicia aktywności w gospodarce, ta stopa jeszcze wzrośnie. Dlaczego? Wiemy, że gdyby nie programy rządowe, stopa bezrobocia byłaby dwucyfrowa. Ale tarcze kiedyś się skończą, a wraz z nimi konieczność utrzymania przez firmy zatrudnienia. Wtedy zderzymy się z rzeczywistością. Moim zdaniem sporo firm będzie musiało część pracowników zwolnić. Już teraz sytuacja na rynku pracy jest niejednoznaczna. Liczba osób płacących składki na ubezpieczenia zdrowotne – nie uwzględniając emerytów i rencistów – od marca do września zmalała o 260 tys. Jednocześnie liczba bezrobotnych wzrosła w tym czasie o 114 tys. Łącznie więc można szacować, że z grona pracujących wypadło 374 tys. osób. Jakaś część z nich to osoby, które się czasowo zdezaktywizowały, np. zajęły się opieką nad dziećmi. Jeśli w 2021 r. zaczną wracać na rynek pracy, to część zatrudnienia nie znajdzie i zasili grupę bezrobotnych. To będzie negatywnie wpływało na dynamikę konsumpcji.

Rafał Benecki: Za naszą prognozą konsumpcji stoi efekt odroczonego popytu, bo w ocenie trendu konsumpcji jesteśmy ostrożni. Już przed pandemią było widać, że skłonność do wydatków spadła. Nowe transfery socjalne w coraz większym stopniu zasilały depozyty. Gdy ten odroczony przez pandemię popyt się wypali, wzrost konsumpcji może nie być mocny. Na rynku pracy będą przeciwstawne tendencje. Z jednej strony pojawi się nowy popyt na pracowników w momencie odbicia gospodarki, ale z drugiej będą zwolnienia, z opóźnieniem zadziała recesyjny szok przysłonięty przez tarcze. Na pierwszy rzut oka może się wydawać, że duży napływ imigrantów z Ukrainy świadczy o tym, że już teraz popyt na pracowników jest duży. Nie można jednak wykluczyć, że oni stanowią dla pracodawców bufor na czas kwarantanny pracowników.

Jakub Borowski: My zakładamy, że stopa bezrobocia rejestrowanego na koniec 2021 r. wyniesie 5,6 proc., czyli praktycznie wróci do poziomu sprzed pandemii. Zgadzam się, że dzisiejsze dane na temat popytu na pracę i skali zwolnień są niemiarodajne ze względu na to, że rynek pracy jest zahibernowany. Gdy tarcze wygasną, jakaś grupa osób straci pracę. Ale to będzie dotyczyło głównie branż, w których konsekwencje pandemii będą trwałe. A tych, wbrew pozorom, nie jest wcale dużo. W pozostałych branżach firmy mogą zakładać, że szok pandemiczny jest przejściowy. Pamiętają też o tym, jaki przed pandemią miały problem z niedoborem wykwalifikowanych pracowników. Mają więc świadomość tego, ile wysiłku kosztowałaby je rekrutacja, gdyby zdecydowały się na zwolnienia. Jednocześnie moim zdaniem gospodarka ma wciąż duże możliwości wchłonięcia osób, które będą traciły pracę w tych najtrwalej dotkniętych kryzysem branżach.

Piotr Bujak: Zgadzam się, że w niektórych branżach nastąpią istotne dostosowania zatrudnienia, ale nie dojdzie do jego znaczącego i trwałego spadku w skali całej gospodarki. A wraz z ożywieniem dość szybko wrócimy do dużej absorpcji podaży pracy. Lokalnie i sektorowo pojawią się oczywiście niedopasowania podaży do popytu, ale w skali kraju doświadczymy wzrostu zatrudnienia. Za rok stopa bezrobocia wróci do 5,4 proc.

Jednym z tegorocznych zaskoczeń było przyspieszenie inflacji, która średnio wynosiła 3,4 proc. To poziom nieco powyżej prognoz z końca ub.r. Tymczasem tamte prognozy, sprzed pandemii, nie powinny się były zrealizować. Pod wpływem recesji inflacja powinna spaść. Czy ten efekt wystąpi z opóźnieniem w 2021 r.?

Rafał Benecki: Teoretycznie powinno dojść do takiego opóźnionego efektu recesji. Ale ten kryzys jest nietypowy. Ścieżka PKB ma kształt litery W z mocnymi odbiciami konsumpcji. W takich okolicznościach może nie być miejsca na ten opóźniony spadek inflacji. Gdy ograniczenia aktywności ekonomicznej zostaną rozluźnione, znowu ujawni się odroczony popyt. Firmy już pokazały że wykorzystują ten stan rzeczy do przerzucania wzrostu kosztów na konsumentów. W tym roku widać to tylko w niektórych sektorach, szczególnie w usługach, ale w 2021 r. będzie to już szersze zjawisko. Średnio inflacja bazowa w przyszłym roku wyniesie 3,3-3,5 proc. (po około 4 proc. w 2020 r – red.). To dużo wyżej niż można było oczekiwać przed pandemią. Dodatkowo na międzynarodowych rynkach ceny żywności drgnęły w górę. Naszym zdaniem inflacja CPI w 2021 r. będzie się utrzymywała między 2,5 a 3,5 proc., średnio na poziomie 3,1 proc

Piotr Bujak: Nasza prognoza jest podobna.

Monika Kurtek: Ja spodziewam się nieco niższej inflacji, średnio na poziomie 2,5 proc. To jest spójne z moimi prognozami, zakładającymi nieco słabsze odbicie aktywności w gospodarce niż w waszych scenariuszach. Moim zdaniem osłabiony popyt jednak wpływał na inflację. Gdyby nie recesja, to w 2020 r. inflacja byłaby wyższa niż 3,4 proc. Bez załamania popytu w II kwartale, inflacja mogłaby pozostać w pobliżu 5 proc., jak w I kwartale, choć oczywiście pandemia przyczyniła się też do podwyżek cen niektórych usług. Na początku 2021 r. na pewno zadziałają efekty statystyczne, które pociągną inflację w dół. Z drugiej strony w górę ponownie będą ją pchały czynniki o charakterze regulacyjnym i administracyjnym. Znów podrożeje energia elektryczna, m.in. za sprawą opłaty mocowej, do tego w życie wejdzie opłata cukrowa, podatek od sprzedaży detalicznej i podwyżka płacy minimalnej o 7,7 proc. Podwyżka tej płacy w 2020 r. o 15,6 proc. miała spory wpływ na ceny usług, które drożały szybciej niż ceny towarów. Zakładam, że struktura inflacji w 2021 r. będzie podobna. Przyznaję jednak, że jeśli moja prognoza inflacji okaże się chybiona, to raczej będzie za niska niż za wysoka.

Skoro 2021 r. będzie rokiem żywiołowego odbicia aktywności w gospodarce, a inflacja będzie na podwyższonym poziomie, prawdopodobnie powyżej celu NBP (2,5 proc.), to czy należy oczekiwać podwyżek stóp procentowych?

Piotr Bujak: Nawet w razie inflacji wyższej niż ktokolwiek z nas zakłada, RPP nie zdecyduje się w 2021 r. na podwyżkę stóp. Większość członków Rady będzie przekonana o potrzebie wspierania ożywienia łagodną polityką pieniężną. Duża część tego gremium wierzy, że niskie stopy pomagają w pobudzaniu popytu konsumpcyjnego. W horyzoncie najbliższego roku ta postawa będzie w jakimś sensie uzasadniona. NBP będzie widział potrzebę ograniczenia wzrostu długu publicznego przez utrzymywanie niskich stóp, ale też będzie chciał zapobiec nadmiernej aprecjacji złotego, którą skutkowałoby zaostrzanie polityki pieniężnej w Polsce w warunkach ultraluźnej polityki pieniężnej głównych banków centralnych. Warto pamiętać, że RPP nawet w warunkach przegrzania gospodarki na początku br. nie zdecydowała się na podwyżki stóp. Tym bardziej nie zdecyduje się na to w 2021 r., przy niewiele szybszym niż wtedy wzroście i spokojniejszej sytuacji na rynku pracy.

Monika Kurtek: Ja też zakładam stabilizację stóp co najmniej do końca 2021 r. Podwyżki będą możliwe najwcześniej w II kwartale 2022 r. Podzielam argumenty Piotra, że inflacja nie jest teraz dla RPP priorytetem. Priorytetem jest koniunktura w gospodarce. A jeśli moje prognozy co do rozwoju sytuacji makroekonomicznej będą celne, to RPP nie będzie miała przestrzeni do podwyżek stóp. Prezes NBP Adam Glapiński powiedział już zresztą, że stopy są na właściwym poziomie i długo na nim pozostaną.

Rafał Benecki: Zgadzam się, że do końca kadencji większości członków RPP na początku 2022 r. stopy się nie zmienią. Pod względem nastawienia w polityce pieniężnej NBP będzie bliżej EBC niż innch banków centralnych z naszego regionu. Czesi sygnalizują już możliwości dwóch podwyżek stóp w przyszłym roku, Węgrzy z kolei w obronie forinta podwyższali stopy nawet w trakcie epidemii. EBC z kolei na pierwsze podwyżki zdecyduje się zapewne w 2024 lub 2025 r., do połowy 2022 r. będzie jeszcze prowadził program ilościowego łagodzenia polityki pieniężnej (QE). To będzie tworzyło presję na umocnienie złotego, a RPP podkreśla, że wolałaby słabszą walutę. Dzięki takiej postawie złoty będzie się naszym zdaniem umacniał dość wolno jak na warunki silnego ożywienia i wzrostu kursu euro do dolara. Spodziewamy się, że na koniec 2021 r. kurs euro będzie w okolicy 4,40 zł. Argumentami na rzecz utrzymywania stóp bez zmian będzie też słabość inwestycji i akcji kredytowej, chociaż w tym przypadku akurat podwyżka mogłaby być korzystna. Bo nie spodziewamy się, że NBP sięgnie po jakieś instrumenty bezpośrednio wspierające akcję kredytową, np. TLTRO.

Rozumiem, że nawiązujesz do popularyzowanej u nas przez Piotra koncepcji „reversal interest rate", która sugeruje, że poniżej pewnego progu obniżki stóp procentowych są przeciwskuteczne...

Jakub Borowski: Ta koncepcja dotyczy kredytowego kanału oddziaływania polityki pieniężnej. Sugeruje, że obniżka stóp może w pewnych warunkach przyczyniać się do spadku podaży kredytu. Ale to nie jest jedyny kanał oddziaływania obniżek stóp na popyt. One wpływają też na kurs waluty i na decyzje konsumentów, kiedy oszczędzać, a kiedy wydawać. Dlatego RPP jest niewrażliwa na argumenty, że lekka korekta stóp w górę byłaby pozytywna dla akcji kredytowej. Ale faktem jest, że kredyt dla przedsiębiorstw spada jeszcze szybciej niż po kryzysie finansowym z lat 2008-2009. Wielu członków RPP mówiło zaś o sytuacji na rynku kredytu jako ważnym argumencie w ich funkcji reakcji. Dlatego inaczej niż Rafał nie wykluczałbym, że RPP zastosuje jeszcze niekonwencjonalne instrumenty, które mogłyby pobudzić akcję kredytową przy niezmienionych stopach. Bariery o charakterze prawnym, o których mówią niektórzy członkowie tego gremium, są usuwalne. Zgadzam się natomiast, że dla perspektyw polityki pieniężnej ważne jest to, co robi EBC. Spodziewamy się w przyszłym roku powolnego umacniania się złotego m.in. z powodu malejącej awersji do ryzyka na rynkach. RPP musiałaby mieć mocny argument, żeby chcieć tę aprecjacje przyspieszyć podwyższając stopy. Doświadczenia z obecną Radą sugerują, że takim argumentem mogłoby być wyraźne przegrzanie gospodarki: szybki wzrost płac i wysoka inflacja bazowa której źródłem jest szybki wzrost jednostkowych kosztów pracy, a nie czynniki związane z pandemią. Przestrzeń dla podwyżek stóp procentowych może się pojawić w 2022 r., gdy będziemy mieli do czynienia ze wzrostem PKB o około 5 proc. Nowa RPP może chcieć wykorzystać ten moment do symbolicznej podwyżki stóp, np. o 0,15 pkt proc. w listopadzie.

Presję na umocnienie złotego stwarzać może zdecydowana poprawa salda handlowego Polki i salda obrotów bieżących. Czy nadwyżki w rozliczeniach z zagranicą, które w 2020 r. były rekordowe, to jest już stały element naszego pejzażu makroekonomicznego?

Piotr Bujak:  Tak, moim zdaniem to jest fundamentalna zmiana, z perspektywy polityki makroekonomicznej prawdopodobnie najważniejsza w ostatniej dekadzie. Im większa nadwyżka na rachunku obrotów bieżących, tym mniejsza premia za ryzyko, której wymagają inwestorzy zagraniczni kupując polskie aktywa. To oznacza zaś niższe nominalne i realne stopy procentowe. Strukturalna poprawa salda obrotów bieżących zwiększa więc nasze pole manewru w polityce fiskalnej i pieniężnej. Bez tej poprawy trudniej byłoby reagować na kryzys. Ułatwi ona nam też manewrowanie w kolejnej dekadzie.

Jakub Borowski: Można założyć, że poprawa salda obrotów bieżących ma charakter trwały. Ważną implikacją tego zjawiska będzie to, że kursowy mechanizm dostosowawczy będzie w mniejszym stopniu łagodził skutki różnych szoków. Złoty będzie bardziej odporny na globalne wahania popytu. Poprawę salda handlowego, szybki wzrost eksportu, uważam zresztą za jeden z czynników, które mogą sprawić, że nasza prognoza wzrostu PKB okaże się nieco zbyt ostrożna.

Powiązane artykuły

© ℗ Wszystkie prawa zastrzeżone
Źródło: PARKIET

×

Żadna część jak i całość utworów zawartych w dzienniku nie może być powielana i rozpowszechniana lub dalej rozpowszechniana w jakiejkolwiek formie i w jakikolwiek sposób (w tym także elektroniczny lub mechaniczny lub inny albo na wszelkich polach eksploatacji) włącznie z kopiowaniem, szeroko pojętę digitalizację, fotokopiowaniem lub kopiowaniem, w tym także zamieszczaniem w Internecie - bez pisemnej zgody Gremi Media SA. Jakiekolwiek użycie lub wykorzystanie utworów w całości lub w części bez zgody Gremi Media SA lub autorów z naruszeniem prawa jest zabronione pod groźbą kary i może być ścigane prawnie.

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami "Regulaminu korzystania z artykułów prasowych" [Poprzednia wersja obowiązująca do 30.01.2017]. Formularz zamówienia można pobrać na stronie www.rp.pl/licencja.


REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.