REKLAMA
REKLAMA

Gospodarka - Kraj

Pieniądz leży na ulicy, a firmom i tak go brakuje

Gościem programu #PROSTOzPARKIETU był w środę Paweł Szczepankowski, dyrektor zarządzający firmy Atradius w Polsce.
Foto: parkiet.com

Według państwa prognoz  w tym roku na całym świecie liczba przypadków niewypłacalności firm wzrośnie o 2,8 proc. Brzmi to niepokojąco, ale czy to aby nie jest po prostu konsekwencja wzrostu liczby firm ogółem?

Przez ostatnich 10 lat nie było ani jednego roku, w którym globalna liczba niewypłacalności wzrosła. Przeciwnie, przez cały ten czas systematycznie malała. Przytrafił się jeden rok, w którym liczba niewypłacalności wzrosła w Europie Zachodniej. To był 2012 r.

Czyli rok kryzysu fiskalnego w strefie euro. Rozumiem, że tegoroczny wzrost liczby niewypłacalnych firm to więc jednoznacznie skutek osłabienia koniunktury?

Może to być przejaw spowolnienia gospodarczego albo jego zapowiedź. W minionych dwóch latach światowa gospodarka rozwijała się w tempie przekraczającym 3 proc. rocznie, w tym roku prawdopodobnie wzrost będzie niższy.

Wielu ekonomistów uważa, że polityka zerowych stóp procentowych ma niepożądane skutki uboczne, np. utrzymuje przy życiu firmy zombi, które w normalnych warunkach by upadły. Rosnąca liczba niewypłacalności świadczy o tym, że tak się nie dzieje. W tym kontekście może jest to dobra wiadomość?

To dobrze, gdy słabe firmy upadają. Ale też jest to zastanawiające, że w erze ujemnych stóp procentowych, gdy tani pieniądz leży na ulicy, firmy w wielu krajach mają poważne problemy z płynnością. W tym roku przeprowadziliśmy szeroko zakrojone badania moralności płatniczej w całej Europie. Wszędzie odnotowaliśmy skokowy wzrost wykorzystania kredytu kupieckiego. Przykładowo, w Polsce wykorzystanie takiego kredytu zwiększyło się o połowę wobec ub.r.

A to nie świadczy o tym, że pieniądz jest jednak łatwo dostępny?

Niezupełnie. Skoro pieniądz jest łatwo dostępny, czemu firmy nie czerpią go garściami z banków? Gdyby miały dostęp do kredytu z banku lub od obligatariuszy, nie musiałyby wystawiać się na ryzyko związane z kredytem kupieckim.

Kredyt kupiecki to gorsza opcja niż kredyt z banku?

To jest inny instrument. Firma, która decyduje się na udzielenie swojemu odbiorcy kredytu kupieckiego, staje się jego kredytodawcą. Czyli wprowadza do swojej działalności nowy rodzaj ryzyka. Z drugiej strony mamy banki, które – przynajmniej w Polsce – wykazują daleko idącą wstrzemięźliwość w udzielaniu krótkoterminowych kredytów, szczególnie małym i średnim przedsiębiorstwom.

Dlaczego tak się dzieje?

Dobre pytanie. Polscy bankowcy jasno dają do zrozumienia, że przewidują w najbliższej przyszłości dalsze zacieśnianie warunków udzielania kredytów dla firm, czyli skracanie okresu kredytowania, zmniejszanie dostępnych kwot i zwiększanie wymaganych zabezpieczeń.

W Polsce liczba firm, które ogłaszają niewypłacalność, również rośnie, i to już czwarty rok z rzędu. Zbiegło się to w czasie z jednoznacznie dobrą koniunkturą w polskiej gospodarce. Czy wzrost liczby upadłości ma u nas inne przyczyny niż ogólnie na świecie?

Rzeczywiście, w Polsce korelacja liczby niewypłacalności z tempem wzrostu gospodarczego nieco się załamuje. Ale jeśli odejdziemy od danych makroekonomicznych i popatrzymy na wyniki przedsiębiorstw, to zobaczymy, że od dwóch lat maleje marżowość firm i narastają ich problemy z płynnością.

To wynik silnej konkurencji, która uniemożliwia firmom podnoszenie cen?

Silna konkurencja na pewno nie pomaga rentowności firm. Ale przede wszystkim widać, że problemem są dla nich rosnące koszty pracy. W ciągu dwóch lat do połowy tego roku udział kosztów pracy w strukturze kosztów zwiększył się o 1 pkt proc. Żadna inna kategoria kosztów nie rośnie bardziej. Trzeba też pamiętać, że firmy w poszukiwaniu płynności bardzo chętnie korzystają z faktoringu. W czasach relatywnie taniego pieniądza to jest dobre narzędzie służące konwersji mniej płynnych aktywów na gotówkę, ale jednak przy uszczerbku dla marży.

Przedsiębiorstwa w Polsce skarżą się na niedobór pracowników, a jednocześnie – jak ocenia wielu ekonomistów – mamy do czynienia z nadmiernym rozdrobnieniem sektora przedsiębiorstw. Jeśli wzrost liczby niewypłacalności dotyczy głównie mikro- i małych firm, charakteryzujących się niską produktywnością, to następstwem jest uwalnianie pracowników na rzecz bardziej wydajnych przedsiębiorstw. Może więc nie ma się czym martwić?

Jeśli chodzi o upadłości mikrofirm, to dynamika wydarzeń dopiero przyspieszy. Nadchodzi zmiana (wejdzie w życie z początkiem 2020 r. – red.), która zrówna warunki ogłaszania upadłości przez mikroprzedsiębiorstwa z warunkami osób fizycznych.

Trwający od 2016 r. wzrost liczby niewypłacalności przedsiębiorstw ogółem też miał u swych początków zmiany regulacyjne.

Tak, wtedy wprowadzono nowy instrument w postaci postępowania restrukturyzacyjnego. I to właśnie ta kategoria postępowań związanych z niewypłacalnością firm rośnie najszybciej. Ale teraz prawdopodobnie statystyki podbiją upadłości.

Czy inne zmiany w prawie, niezwiązane bezpośrednio z postępowaniem w razie niewypłacalności, mogą tłumaczyć rosnącą liczbę niewypłacalnych firm? Pytam o to, bo przedsiębiorstwa stale skarżą się na zbyt częste zmiany przepisów, ale trudno ocenić, na ile są to zwyczajowe narzekania, a na ile trafna diagnoza warunków prowadzenia działalności?

Nie znam przedsiębiorcy, który nie skarżyłby się na zbyt skomplikowane i niepotrzebne przepisy. Jako reprezentant bardzo regulowanego sektora sam to robię. Ale nie upatrywałbym w tym praprzyczyn wzbierającej fali niewypłacalności. Rzadko kiedy do problemów firm prowadzi jeden czynnik. Zwykle jest to zbieg kilku niekorzystnych okoliczności.

Z opublikowanych niedawno przez GUS danych wynika, że coraz więcej polskich przedsiębiorstw angażuje się w działalność eksportową. Z 44,7 tys. podmiotów, pomijając mikrofirmy, sprzedaż na eksport prowadziło w I półroczu br. 36,7 proc. To o 3 pkt proc. więcej niż cztery lata temu i o ponad 1 pkt proc. więcej niż rok temu. To skutek malejącej rentowności firm, o której pan mówił?

Niewykluczone, że wielu firmom zamyka się droga do dalszego wzrostu przychodów z rynku wewnętrznego. Zduszone niskimi marżami i kłopotami z płynnością kontrahentów, próbują szukać szczęścia na zewnątrz. Warto podkreślić, że choć rośnie liczba chętnych do tego, żeby wypłynąć na szersze wody, pogoda temu raczej nie sprzyja. To nie jest najlepszy moment, żeby zaistnieć na rynkach eksportowych.

Jakie kierunki eksportu cieszą się obecnie szczególnym zainteresowaniem?

Statystyka jest nieubłagana: Niemcy i długo, długo nic. Potem pojawiają się Wielka Brytania i Czechy. Na dwóch z tych trzech największych rynków eksportowych nie dzieje się najlepiej. Niemcom kibicujemy, aby ich PKB wzrósł o choćby 0,5 proc. W Wielkiej Brytanii trwa zaś nieustannie serial pod tytułem brexit.

Powiązane artykuły

REKLAMA
REKLAMA

Wideo komentarz

REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA