Gospodarka - Kraj

Dr Wojciech Paczos: Dług publiczny długo nie będzie zmartwieniem

#PROSTOzPARTU. Dr Wojciech Paczos: Polska udźwignie dług nawet na poziomie 70 proc. PKB

Gościem Grzegorza Siemionczyka w „Prosto z parkietu” był dr Wojciech Paczos, ekonomista z Uniwersytetu w Cardiff, członek grupy eksperckiej „Dobrobyt na pokolenia”.

Foto: parkiet.com

Niedawno podczas seminarium Instytutu Nauk Ekonomicznych PAN przedstawił pan czteroetapowy plan reanimacji gospodarki po pandemii. Obecnie jesteśmy na etapie drugim, czyli etapie rozruchu. Kiedy przyjdzie czas na etap trzeci, czyli odbicie?

Pierwszy etap, hibernacji, trwał od marca do maja. Teraz faktycznie trwa etap drugi, uruchamiane są kolejne obszary gospodarki, a rządowe ograniczenia są stopniowo znoszone. Do trzeciego etapu przejdziemy, gdy wszystkie branże zostaną uruchomione. Kiedy to się stanie, będzie zależało od sytuacji epidemiologicznej. Wieści są jednak na razie złe. Szczepionki wciąż nie ma, a tu i ówdzie pojawiają się nowe ogniska Covid-19. Nie wiemy więc, czy nie czeka nas druga fala pandemii, a w Polsce wciąż nie zakończyliśmy pierwszej. Jeśli na jesieni będą potrzebne nawet selektywne ograniczenia aktywności ekonomicznej, to etap rozruchu się opóźni. Czwarty etap, który nazwaliśmy „nową normalnością", rozpocznie się dopiero za dwa, trzy lata.

Zapytałem o to, bo od tego zależą perspektywy finansów publicznych. Na te dwa lub trzy lata musimy się pogodzić z dużymi deficytami i wzrostem długu publicznego?

Tak. W tej chwili borykamy się z kryzysem, a finanse publiczne mają służyć temu, żeby w takich okolicznościach wspierać gospodarkę. Na etapie odbicia będzie z kolei potrzebna stymulacja fiskalna i monetarna. Żeby to skutecznie robić, trzeba się zadłużyć.

Jakie działania stymulacyjne będą potrzebne? Rząd Niemiec już takie działania podejmuje, np. czasowo obniżył stawki VAT.

Moim zdaniem NBP potrzebne może być m.in. ilościowe łagodzenie polityki pieniężnej (QE). Już teraz NBP skupuje obligacje skarbowe i gwarantowane przez Skarb Państwa na rynku wtórnym, ale to różni się od programów QE prowadzonych na Zachodzie w trakcie globalnego kryzysu finansowego. Wtedy chodziło o pobudzenie aktywności ekonomicznej, w Polsce zaś chodzi na razie głównie o pomoc w finansowaniu deficytu budżetowego. Działania po stronie polityki fiskalnej będą z kolei zależały od tego, jak będzie wyglądała gospodarka po kryzysie, w jakiej kondycji będzie rynek pracy. Transfery socjalne, zwiększenie zasiłku dla bezrobotnych, ale też obniżanie podatków pośrednich, jak VAT – to wszystko będzie trzeba brać pod uwagę. I oczywiście wszystko to będzie kosztowało.

Jak pokazują prognozy OECD, dług publiczny Polski według unijnej definicji w przyszłym roku przebije 60 proc. PKB nawet przy założeniu, że jesienią nie dojdzie do drugiej fali epidemii koronawirusa. W razie nawrotu epidemii dług publiczny może zbliżyć się do 70 proc. PKB. W niedawnym wywiadzie dla „Parkietu" minister finansów Tadeusz Kościński przekonywał, że prognozy OECD są nieuzasadnione, ale nawet gdyby było inaczej, to nie mielibyśmy się czym martwić, bo i tak stan finansów publicznych Polski będzie lepszy niż większości innych państw UE. Rzeczywiście, dług publiczny na poziomie 70 proc. nie byłby problemem?

Tak myślę. Są dwa fundamentalne równania dotyczące długu publicznego. Po pierwsze, dług to są zakumulowane deficyty z przeszłości. Po drugie, dług to suma wszystkich przyszłych jego spłat. Noblista Thomas Sargent nazwał to nieprzyjemną arytmetyką długu. Patrząc z tej perspektywy, możemy pożyczyć jako państwo tyle, ile w przyszłości będziemy w stanie oddać. I to przede wszystkim określa nasze zdolności pożyczkowe, a nie np. konstytucyjny zapis, wedle którego dług nie może przekroczyć 60 proc. PKB. Ten limit, podobnie jak odnoszące się do długu kryterium z Maastricht, nie wynika z żadnego prawa ekonomii. W tej chwili sytuacja polskiej gospodarki jest dobra, możemy spłacać nawet duże długi. Możemy też dość bezpiecznie pożyczać za granicą, bo coraz więcej eksportujemy, w wymianie usług zaś mamy nadwyżkę. A na razie nasze zadłużenie zagraniczne jest niewielkie. To jest o tyle ważne, że zadłużenie wewnętrzne i zadłużenie zewnętrzne to zupełnie inne typy zobowiązań, w zasadzie nie należy ich wrzucać do jego worka długu publicznego. Chodzi o to, że zaciąganie zobowiązań za granicą daje większego kopa, bo jest to zasilenie gospodarki przez kapitał z zewnątrz. Dlatego najbardziej pożądane w trakcie pandemii byłoby zaciąganie zobowiązań za granicą. W marcu i kwietniu było o to trudno, bo inwestorzy wycofywali się z Polski. Teraz, jak pokazuje kurs złotego, inwestorzy wracają, a możliwości pożyczania za granicą rosną.

To, jaki dług Polska będzie w stanie spłacić, będzie zależało m.in. od kosztów jego obsługi. Na razie te są niemal zerowe za sprawą wspomnianego programu skupu obligacji skarbowych przez NBP. Doświadczenia innych krajów sugerują, że takie programy mogą być prowadzone bardzo długo. Czy to oznacza, że możemy jako państwo zaciągać długi bez ograniczeń?

Pewne ograniczenia jednak istnieją. Po pierwsze, NBP pomaga rządowi zaciągać dług wewnętrzny, a możliwości jego oddziaływania na gospodarkę są mniejsze niż długu zewnętrznego. Wszystkiego z długu wewnętrznego nie sfinansujemy. Po drugie, NBP działa na rynku wtórnym. Nawet jeśli to finansowanie odbywa się głównie za pośrednictwem BGK, to i tak jednak istnieje to rynkowe ogniwo. To zaś oznacza, że rynek musi chcieć kupić obligacje rządu, a następnie musi chcieć je sprzedać NBP. W którymś momencie może się okazać, że rynek nie jest tym zainteresowany. Po trzecie, koniec końców państwo musi oddać pieniądze NBP, a w tym celu będzie musiało je pożyczyć z realnej gospodarki. Jeśli rząd tych zobowiązań nie spłaci, nastąpi monetyzacja długu. To jest mechanizm, który może doprowadzić do wzrostu inflacji, a także do utraty wiarygodności kredytowej kraju. A wtedy sektor prywatny może nie być zainteresowany pożyczaniem rządowi.

Powiązane artykuły