REKLAMA
REKLAMA

Gospodarka - Kraj

Pogorszenie wyników firm było przejściowe

Gościem środowego wydania „Prosto z parkietu” był dr Piotr Boguszewski, kierownik wydziału badań przedsiębiorstw w departamencie analiz ekonomicznych NBP.
Foto: parkiet.com

Według szybkiego  monitoringu NBP pod koniec ub.r. wyraźnie pogorszyły się wyniki polskich przedsiębiorstw. Skumulowany wynik finansowy netto był najniższy od czterech lat. Co się stało?

To nie pierwsza taka sytuacja w historii tych danych, że po kilku kwartałach dobrych wyników przyszedł słabszy. A w przeszłości po słabszym kwartale często następowała wyraźna poprawa wyników. Dlatego te dane należy postrzegać jako pewne ostrzeżenie, ale jeszcze nie jako alarm. Niepokoić może to, że wyniki pogorszyły się w różnych sektorach i branżach gospodarki. Nie jest więc tak, że za tym spadkiem stał jakiś niekorzystny zbieg okoliczności w jednej branży. Ocenę łagodzi zaś to, że spadek wyniku netto w IV kwartale miał kilka przyczyn: na pogorszenie wyników ze sprzedaży nałożyły się gorsze wyniki z operacji finansowych i z pozostałej działalności.

Same przedsiębiorstwa zanadto się tym pogorszeniem wyników nie przejęły, skoro bieżącą sytuację oceniają wciąż zdecydowanie lepiej niż średnio w ostatnich sześciu latach.

Siłą badania NBP jest właśnie to, że twarde dane i wyniki są zestawione z tym, co sądzą o nich same przedsiębiorstwa. I widać, że pogorszenia wyników pod koniec ub.r. nie oceniły one zbyt sceptycznie. Poziom rentowności sektora jest zresztą wciąż relatywnie przyzwoity.

Z szybkiego monitoringu NBP wynika, że firmy oczekują nawet wzrostu rentowności w horyzoncie 12 miesięcy. Ale jednocześnie, co w tym kontekście jest zdumiewające, prognozy przedsiębiorstw dotyczące ich sytuacji w horyzoncie roku są najsłabsze od co najmniej sześciu lat, a dotyczące sytuacji w horyzoncie kwartału najsłabsze od ponad dwóch lat. Jak to pogodzić?

Szybki monitoring to badanie o kwartalnej częstotliwości. Ostatnie zostało przeprowadzone w I połowie marca. Z czym wtedy stykały się przedsiębiorstwa? Po pierwsze, odnotowały pogorszenie wyników w poprzednim kwartale. Po drugie, był to okres kulminacji dyskusji na temat brexitu. Po trzecie, z gospodarki niemieckiej płynęły niezbyt zachęcające sygnały. Po czwarte, od końca ub.r. do niedawnej słownej interwencji prezydenta USA ceny ropy naftowej pięły się ostro w górę, co powodowało obawy przed presją kosztów. Krótko mówiąc, szybki monitoring został przeprowadzony w momencie, gdy nie brakowało czynników skłaniających firmy do pesymizmu.

Czy w przeszłości prognozy przedsiębiorstw dotyczące ich sytuacji były dobrym wskaźnikiem wyprzedzającym koniunktury?

Odpowiem przewrotnie: a kiedy przedsiębiorcom w Polsce wiodło się źle? Mamy bezrecesyjną gospodarkę, w której sektorowi przedsiębiorstw raz jest lepiej, raz gorzej, ale generalnie raczej dobrze.

Nawet dziś, w warunkach wyraźnego spowolnienia w Niemczech, polska gospodarka rodzi sobie dobrze. Dotyczy to także przedsiębiorstw przemysłowych i zorientowanych na eksport, które teoretycznie są najbardziej wrażliwe na koniunkturę nad Renem. Skąd ta odporność?

Również dla nas jest to jakąś zagadką, ale mamy pewne hipotezy. Po pierwsze, charakterystyczną cechą polskich przedsiębiorstw jest duża elastyczność. Od początku transformacji ten sektor zmagał się z rozmaitymi przeciwnościami, więc zaprawił się w bojach. Po drugie, z naszych badań wynika, że dwie trzecie przedsiębiorstw działa w ścisłych związkach kapitałowych albo organizacyjnych z innymi podmiotami, a co najmniej jedna trzecia – a jeśli zważyć wielkością zatrudnienia, to nawet 45 proc. – w globalnych łańcuchach wartości. To w naturalny sposób amortyzuje pewne szoki.

W ankietowych badaniach jako główne bariery rozwoju przedsiębiorstwa wskazują niedobór pracowników i rosnące koszty pracy. Może to jest źródłem ich pesymizmu?

Faktycznie od 2012 r. udział kosztów pracy w całkowitych kosztach działalności operacyjnej ustawicznie rośnie, ale skala tego wzrostu nie była porażająca. Ten udział zwiększył się z 11 do 12,5 proc. Dla konkurencyjnych firm to nie był zwykle problem.

Ale może firmy spodziewają się, że płace będą rosły jeszcze szybciej i w końcu koszty pracy staną się problemem? Z badania wynika, że w I kwartale firmy planowały objąć podwyżkami około 40 proc. pracowników, najwięcej od co najmniej dekady...

Ale jednocześnie odsetek firm planujących znaczne podwyżki nie tylko jest mały, ale jeszcze spadł. To może sugerować, że fazę najbardziej rozgrzanego rynku pracy mamy już za sobą. Obecnie dynamika płac oscyluje w okolicy 7 proc. i trudno uznać ją za bardzo wysoką, jeśli wziąć pod uwagę fakt, że dopiero od kilku lat płace rosną szybciej niż wydajność, a różnica tych dynamik nie jest zbyt duża. Wcześniej było odwrotnie, a sam wzrost wydajności – dynamiczny. Firmy mogą też więc mieć i pewien bufor, aby absorbować obecny wzrost kosztów pracy.

Czy to znaczy, że nie należy oczekiwać przełożenia wzrostu płac na inflację?

Nie ma jednoznacznej zależności między kosztami i wskaźnikiem cen produkcji (PPI) a wskaźnikiem cen konsumentów (CPI). Przy obecnym udziale kosztów pracy w kosztach firm ogółem nie wydaje się, aby ich wzrost w takiej skali zagrażał stabilności cen. Ale trzeba oczywiście brać pod uwagę także inne mechanizmy, niedotyczące bezpośrednio sektora przedsiębiorstw. Dobra sytuacja na rynku pracy sprzyja dobrym nastrojom konsumentów, a te z kolei większym wydatkom, popytowi. Trzeba też liczyć się z tym, że wzrost płac w sektorze przedsiębiorstw zwiększa oczekiwania płacowe w innych sektorach.

Zapaść inwestycyjna z 2016 r. w przypadku krajowych przedsiębiorstw prywatnych wyraźnie się przedłużyła. Dopiero od kilku kwartałów zwiększają one inwestycje i to dość niemrawo. Dlaczego tak się dzieje?

Protestuję przeciwko słowu „zapaść" w tym kontekście. W latach 2014–2015 wzrost inwestycji prywatnych przedsiębiorstw krajowych był szybki. Nasze badania pokazują też, że generalnie dobre firmy nie napotykają stricte finansowych barier inwestycyjne. Stopy procentowe są przecież rekordowo niskie, a dostępność kredytu dobra.

Przecież z SM NBP wynika, że wykorzystanie mocy wytwórczych jest bliskie rekordowych poziomów.

Z naszych analiz wynika, że firmy różnie interpretują stopień wykorzystania zdolności produkcyjnych. Część z nich pełne wykorzystanie tych zdolności rozumie jako maksimum fizyczne, inne jednak jako optimum ekonomiczne. W tym drugim przypadku wciąż da się zwiększyć produkcję, z tym że jest to mniej opłacalne. W naszym badaniu firmy rzadko wskazywały, że nie mogły zwiększyć produkcji. Wydaje się więc, że trochę nie doceniamy faktycznego potencjału produkcyjnego tkwiącego w gospodarce.


Wideo komentarz

REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA