Felietony

Bez zmiany podejścia trudno będzie ruszyć z zieloną transformacją

Choć rząd stara się stworzyć wrażenie, że w kontekście zielonej transformacji jego stanowisko prezentuje punkt widzenia (i interes) wszystkich Polaków, to chociażby wyniki najnowszych badań Eurobarometru poświęconych kwestiom zmian klimatycznych temu przeczą
Foto: Adobestock

Andrzej Halesiak, członek TEP oraz Rady Programowej Kongresu Obywatelskiego

Foto: materiały prasowe

Podejście do zagadnień związanych z tak zwaną zieloną transformacją jak w soczewce pokazuje pełen przekrój nieefektywności modelu funkcjonowania nas, jako wspólnoty. Jest w tym przypadku wszystko.

Budowanie politycznego kapitału na bazie demagogicznych, niepopartych żadnymi realnymi faktami haseł. Funkcjonowanie różnego rodzaju lobby, szczególnie silnego – bo mającego dostęp do największych środków finansowych – w przypadku tak zwanych zasiedziałych, tradycyjnych przemysłów i firm. Występowanie państwa w różnorakiej roli, np. jako regulatora, arbitra, a równocześnie właściciela określonych aktywów. Spektakularne medialnie, ale mało efektywne formy protestów i działań różnych organizacji i ruchów ekologicznych. I wreszcie spinające to wszystko, tak charakterystyczne dla naszego kraju: brak umiejętności prowadzenia debaty publicznej, budowania ponadpartyjnych konsensusów i częsta zmiana warunków (regulacji) w trakcie gry. W konsekwencji postęp w zakresie zielonej transformacji jest mało satysfakcjonujący.

Wynikające z nieefektywności naszego systemu tempo zielonej transformacji pozostaje w dysonansie z tym, co dzieje się na poziomie Unii Europejskiej. Ta, nie dość, że konsekwentnie podąża w wytyczonym przed laty kierunku, to na dodatek od czasu do czasu stara się przyspieszyć tempo marszu. Te dwa – jakże odmienne – podejścia sprawiają, że za każdym razem, gdy Unia naciska pedał gazu, u naszych krajowych decydentów budzi to najeżenie, a niekiedy wręcz oburzenie.

W lokalnej polityce nie brak też takich, którzy chcą wykorzystać unijny Zielony Ład do wrogiego nastawienia społeczeństwa wobec UE („zła Unia chce, abyśmy mieli wysokie ceny prądu"). Nie wspomina się przy tym ani słowem, że występujący w ostatnich latach wzrost cen praw do emisji CO2 był przewidywany już kilkanaście lat temu. Był więc czas, aby się na to przygotować, tyle tylko, że ze względu na nieefektywność naszego systemu zarządzania państwem – co jest pochodną dysfunkcjonalnej sfery polityki – zrobiono bardzo niewiele, aby obecnej sytuacji zapobiec.

Można doszukiwać się wielu powodów tego dysonansu w podejściu do zielonej transformacji w Polsce i UE, ale moim zdaniem jednym z najważniejszych jest sposób identyfikowania społecznie ważnych celów. W naszym kraju wciąż dominuje przekonanie, że to politycy (rząd) wiedzą najlepiej, czego pragnie społeczeństwo (a właściwie należałoby powiedzieć, że „wiedzą, czego społeczeństwo powinno pragnąć") i że w związku z tym są jedynie słusznym wyrazicielem jego poglądów. W Unii Europejskiej – rozumianej na poziomie instytucjonalnym – sytuacja wygląda inaczej, co związane jest ze znacznie powszechniejszym wykorzystaniem tak zwanego zarządzania wielopoziomowego (ang. multilevel governance). To podejście, które zrodziło się jako odpowiedź na narastającą złożoność świata oraz potrzebę nowych sposobów włączenia w procesy rządzenia podmiotów działających na różnych poziomach władzy (narodowym, regionalnym, lokalnym), jak i samych obywateli; stworzenia im wszystkim możliwości oddziaływania na procesy decyzyjne.

W wielkim skrócie zarządzanie wielopoziomowe polega na tym, że konsensus w zakresie priorytetowych zagadnień i działań tworzy się w procesie permanentnych negocjacji, których uczestnikami są wspomniane powyżej, różnego rodzaju podmioty. W konsekwencji jedną z ważnych charakterystyk zarządzania wielopoziomowego jest to, że jest to proces zorientowany na wypracowywanie decyzji, które stanowią odpowiedź na rzeczywiste potrzeby społeczne, a nie polityczne. Inną ważną charakterystyką tego modelu jest to, że potencjał oddziaływania jest uzależniony od zdolności różnych podmiotów do skutecznego organizowania się i występowania kolektywnie, jako swego rodzaju spójna koalicja interesów. To cecha szczególnie istotna z punktu widzenia efektywności, która zabezpiecza system przed paraliżem procesów decyzyjnych, przed tkwieniem w miejscu. Ten sposób zarządzania sprawia również, że granice „wspólnoty interesów" nie są wyznaczone granicami poszczególnych państw, ale tym, czego chcą/oczekują określone grupy społeczne. Zielona transformacja jest dziś forsowana, bo oczekuje tego nie większość krajów, ale zdecydowana większość obywateli Unii.

Ten ostatni aspekt jest szczególnie ważny w kontekście naszego kraju. Choć rząd stara się stworzyć wrażenie, że w kontekście zielonej transformacji jego stanowisko prezentuje punkt widzenia (i interes) wszystkich Polaków, to chociażby wyniki najnowszych badań Eurobarometru poświęconych kwestiom zmian klimatycznych temu przeczą. Według tychże badań aż 2/3 respondentów uważa, że nasz rząd robi zbyt mało, aby stawić czoło wyzwaniom klimatycznym. Polacy są także coraz bardziej świadomi, że zielona transformacja to nie tylko zadanie rządu, ale także biznesu, władz regionalnych/lokalnych, a także ich samych, i oczekują w tym względzie zaangażowania wszystkich. Aż 73 proc. respondentów wyraża przekonanie, że koszty szkód powodowanych przez zmiany klimatyczne są znacznie wyższe niż nakłady potrzebne dla zielonej transformacji. 81 proc. jest za wyznaczeniem ambitnych celów na 2030 rok w zakresie wykorzystania energii odnawialnej.

Te wyniki wskazują, że zielona transformacja to temat ważny dla Polaków, nie tylko tych młodych. Co więcej, wbrew temu, co może się wydawać, ten głos jest słyszany i staje się elementem ogólnoeuropejskiego głosu za zieloną transformacją. Jak? Także polskie regiony, miasta, organizacje pozarządowe, eksperci itd. partycypują w mechanizmach zarządzania wielopoziomowego Unii. Jest to ich niezależny głos, który w wielu przypadkach nie ma nic wspólnego z tym, co prezentowane jest na poziomie rządowym.

Podsumowując. Polskie społeczeństwo w zdecydowanej większości dostrzega potrzebę zielonej transformacji i ją popiera. Równocześnie dysfunkcjonalność sfery polityki sprawia, że w wymiarze faktycznym, polityki społeczno-gospodarczej, w kontekście zielonej transformacji od lat dominują strategie defensywne, gra na czas. To rodzi poważne ryzyka. Dynamika procesów globalnych jest taka, że przed zieloną transformacją nie uciekniemy, a defensywne nastawienie do niej nie pozwala na wykorzystanie tkwiącego w niej potencjału. To potencjał związany nie tylko z tym, byśmy mogli żyć zdrowiej i w bardziej przewidywalnym klimacie. To także możliwość rozwoju nowych, własnych technologii, cywilizacyjnego przeskoku, a być może nawet wyrwania się z peryferyjności. Wykorzystanie tego potencjału wymaga wypracowania odpolitycznionego podejścia do zielonej transformacji, bazującego na ambicjach i aspiracjach obywateli oraz uczynienia z niej ważnego elementu pozytywnej, proaktywnej misji tworzenia świata z przyszłością.

Powiązane artykuły


REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.