Reklama

Teraz liczy się tylko czas

Spojrzałem na swój ostatni tekst w „Parkiecie” (koniec lutego), żeby sprawdzić jak bardzo się zestarzał i jak mocno stracił na aktualności. Stwierdziłem, że nie tak znowu bardzo stał się nieaktualny.
Piotr Kuczyński, ekonomista DI Xelion

Piotr Kuczyński, ekonomista DI Xelion

Foto: parkiet.com

Kończyłem pisząc między innymi, że warto chyba poczekać z poważnym zaangażowaniem kapitału na wyjaśnienie kwestii Iranu (myślę, że maksimum jeden miesiąc) oraz ceł. Problemy związane z zastosowaniami AI z nami pozostaną na zawsze i trzeba się z tym pogodzić.

Nadal (według mnie) to zalecenie (nie rekomendacja) jest aktualne. Reakcja na atak Izraela i USA na Iran jest bardzo umiarkowana. Owszem, ropa mocno zdrożała – od czasu sprzed wojny, kiedy rynek się już szykował do nieuniknionego ataku zdrożała o około 70 proc. do okolic 96 USD (amerykańska WTI). Oczywiście to cena w dniu pisania komentarza (17.03), chociaż powinno się też chyba podawać godzinę.

Iran de facto zablokował Cieśninę Ormuz przepuszczając jedynie tankowce chińskie i chyba te z flagą Indii. Iran szykował się do wojny od dawna, co (jak widać było w drugiej połowie marca) zaskoczyło USA. Kuriozalna była wypowiedź prezydenta Donalda Trumpa przytaczana przez agencję Reutera. Powiedział, że „Oni (Iran) nie mieli atakować wszystkich innych krajów na Bliskim Wschodzie”. „Nikt się tego nie spodziewał. Byliśmy w szoku”. W szoku? Przecież Iran to zapowiadał...

Generalnie wypowiedzi prezydenta USA pokazywały, że ich Epicka Furia zamienia się powoli na epickie zamieszanie (określenie zapożyczone od pani Patrycji Sasnal). Trump codziennie zapewniał, że USA już na początku ataku wygrały tę wojnę, ale jak sardonicznie pisze agencja Reutera „wygląda na to, że Iranowi nikt o tym nie powiedział”. Poza tym USA najwyraźniej nie dają sobie rady z odblokowaniem Cieśniny Ormuz.

A jest jeszcze możliwość zablokowania cieśniny Bab al-Mandab (Brama Łez), co zablokowałoby drogę z Morza Czerwonego. USA zażądały wręcz udziału innych krajów NATO w odblokowaniu drogi dla tankowców, ale nikt do tego się nie pali. W końcu przecież USA jednostronnie, bez najmniejszych konsultacji (pozorując rozmowy z Iranem) dały się wciągnąć premierowi Izraela w tę wojnę.

Reklama
Reklama

Teraz liczy się tylko czas. Każda wojna musi się kiedyś skończyć, a ta wojna w wojnę trzydziestoletnią się nie zamieni. Jeśli jednak będzie trwała wiele miesięcy to zacznie realnie szkodzić całym sektorom gospodarki. Transport wchodzi w ceny prawie wszystkiego, więc zacznie rosnąć inflacja. Brak gazu lub po prostu wzrost jego ceny (kluczowy przy produkcji nawozów) przełoży się na ceny żywności. Dla firm zajmujących się turystyką będzie to też trudny czas, bo znikną całe kierunki wylotów, a ceny biletów znacznie wzrosną. Zacznie się też mówić o podwyżkach stóp procentowych, co zabrałoby część pieniędzy potencjalnym konsumentom.

To wszystko jednak poprzedzone jest spójnikiem „jeśli”, co mówi o warunkowości. Trump nie może pozwolić sobie na długą wojnę, bo to pogorszyłoby tak bardzo nastroje tankujących paliwo Amerykanów, że Republikanie przegrają bardzo wyraźnie listopadowe wybory do Kongresu. Tak bardzo, że Trump nie będzie w stanie realizować swoich „władczych” zapędów, a kto wie, czy nie dojdzie do prób impeachmentu.

Pytanie, gdzie, a może raczej kiedy pojawi się ten próg bólu, który spowoduje przejście do rozmów. Na razie spadki indeksów na Wall Street były tak mało groźne, że nie zmuszały Trumpa do działania. W dowolnym momencie prezydent USA może powiedzieć, że USA wygrały wojnę (mówi to codziennie) i jego „armada” wraca do domu. Nie od dzisiaj wiemy, że obowiązuje zasada TACO (Trump Always Chickens Out) mówiąca o tym, że prezydent Trump straszy, wygraża, a w końcu, jeśli natrafi na opór, po prostu się wycofuje.

Zakładam, że będzie tak i tym razem. Przyjdzie moment, kiedy rozpocznie się mówienie o rozmowach na linii Iran – USA, co drastycznie zmieni nastroje na rynkach finansowych. Według mnie spore kapitały czekają na nieuniknione rozmowy i dlatego reakcje giełd akcji, a nawet ceny ropy są niezbyt duże. Nawiasem mówiąc przedłuża wojnę to, że reakcje rynków są relatywnie niewielkie. Donald Trump mocno reaguje na nagłe pogorszenie nastrojów na Wall Street i wtedy wchodzi w grę TACO.

Tak więc wracamy do tego, co napisałem powyżej: liczy się tylko czas. Na przykład analitycy Goldman Sachs podobno prognozowali zakończenie ostrej fazy wojny do końca trzeciej dekady marca. Jeśli będą mieli rację, to reakcja będzie bardzo szybka. Co prawda cena ropy o 40 proc. nie spadnie, ale jeśli będzie się utrzymywała na poziomie na przykład o dziesięć dolarów wyższym od stanu sprzed wojny, to za kilka miesięcy o tej wojnie zapomnimy.

Gdyby jednak wojna i blokada potrwała wiele miesięcy, to przejdziemy do scenariusza stagflacji, czyli najgorszego stanu dla gospodarki globalnej. W głównych serwisach agencyjnych często straszy się tym stanem gospodarki globalnej. Rzeczywiście stan spowolnienia gospodarki (przypominam, że w USA PKB ostatnio wzrósł jedynie o 0,7 proc.) w połączeniu z inflacją, czyli właśnie stagflacja jest bardzo groźna. Można sobie wyobrazić banki centralne stojące w obliczu sytuacji, w której nie wiadomo czy walczyć o spadek inflacji czy przeciwdziałać spowolnieniu gospodarczemu.

Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama