Koszty szacowane są na 8 mld – 15 mld zł jednorazowo i 2 mld –3 mld rocznie na utrzymanie systemu przy realnych przychodach rzędu 5 mld zł rocznie.
Faktycznie, masowa wycena kilkunastu milionów nieruchomości zadaniem prostym nie jest. Jak to się jednak stało, że w innych krajach udało się – i to wiele lat temu – tego typu podatek wprowadzić? Cóż, możliwe, że to po prostu polska specyfika – jedni np. w latach 60.–70. masowo budowali elektrownie atomowe, u nas na pierwszą czekamy już od 50 lat.
Zwolennicy opodatkowania nieruchomości twierdzą, że jest to jeden z bardziej stabilnych i sprawiedliwych podatków. Ogranicza też spekulację i gromadzenie mieszkań jako inwestycji.
Czy jednak traktowanie mieszkań jako lokaty kapitału (kosztem np. rynku kapitałowego) to nie jest aby skutek preferencyjnego opodatkowania tych inwestycji? Może zamiast nowego podatku warto byłoby najpierw wspomnianą ulgę zlikwidować? Zwolnienie z podatku od zysku ze sprzedaży nieruchomości raz na 5–10 lat – czyli w okresie naturalnej wymiany mieszkania na inne – sprawiłoby, że podatkiem objęci byliby w praktyce głównie inwestorzy. Biorąc pod uwagę wartość transakcji na rynku mieszkań i zyski z nich osiągane, wydaje się że przychód Skarbu Państwa z tego podatku mógłby wynieść 1–2 mld zł rocznie i to właściwie bez kosztów. Więcej netto niż z katastru.
Inna alternatywa – zmienić zasady ustalania podatku od nieruchomości. Obecnie nie zależy on od wartości rynkowej, lecz od powierzchni. Stawki maksymalne ustala państwo – dla mieszkań są one obecnie bardzo niskie. Konkretne wysokości – najczęściej w górnym limicie – są w gestii gmin. Skutkiem tego jest jednakowa wartość daniny w małej miejscowości i w centrum Warszawy, choć wartość mieszkań potrafi różnić się kilkakrotnie. Czemu nie pozwolić gminom dowolnie kształtować wysokości podatku od nieruchomości oraz różnicować go w zależności np. od dzielnicy?