REKLAMA
REKLAMA

Analizy

Formacje sprawdzają się najlepiej w czasie silnych trendów

Z Thomasem N. Bulkowskim, traderem i ekspertem od formacji technicznych, rozmawia Tomasz Hońdo
Foto: GG Parkiet

Według wielu osób ostatni kryzys pokazał, że analiza rynkowa (a zwłaszcza analiza techniczna) jest nieefektywna i nieprzydatna. Czy pana zdaniem to faktycznie koniec analizy technicznej?

Myślę, że nie tyle oznacza to koniec analizy technicznej, ile raczej pokazuje, jak ważna jest analiza fundamentalna, która daje wskazówki co do tego, jak rynki będą się zachowywały w kolejnych latach. Analiza techniczna daje natomiast wskazówki co do zachowania rynków w nadchodzących dniach czy miesiącach. Oba rodzaje prognoz są przydatne.

Czy z pana badań wynika, że popularne formacje techniczne na wykresach rzeczywiście się sprawdzają?

Na podstawie mojego doświadczenia mogę powiedzieć, że formacje sprawdzają się najlepiej wtedy, gdy rynek jest w wyraźnym trendzie wzrostowym lub spadkowym. Kiedy panuje trend boczny, nie ma co liczyć na to, że formacje będą zapowiedzią dużego ruchu. Może tak się stać, ale zapewne do tego nie dojdzie.

Z kolei z moich badań wynika, że wszystkie formacje działają, ale w różnym stopniu. Wszystko zależy od tego, w jaki sposób zdefiniujemy to, czy formacja działa czy nie. W moich książkach jako miernik skuteczności przyjąłem ruch następujący po wybiciu z formacji do ostatecznego maksimum lub minimum. Przez ostateczne maksimum rozumiem najwyższy szczyt, jaki zanotowano przed spadkiem kursu o co najmniej 20 proc. (co oznacza zmianę trendu) lub najwyższy szczyt osiągnięty przed spadkiem poniżej dołka formacji.

Jakie formacje są zatem najbardziej skuteczne?

Bazując na tym mierniku, odkryłem, że w czasie hossy najlepiej znane formacje można uszeregować w następującej kolejności według średniej siły wzrostu następującego po wybiciu w górę: opadające trójkąty prostokątne (ang. descending triangles), dna w postaci prostokąta (rectangle bottoms), spodki, podwójne dna, złożone głowy z ramionami występujące jako formacje odwrócenia trendu spadkowego. Ta ostatnia formacja jest stosunkowo mało znana, występuje w niej po kilka głów lub ramion. Wymieniłem najbardziej popularne formacje. Są też inne, jak np. wysokie flagi, dna fajki (pipe bottoms), odwrócone i rosnące formacje muszli (scallops), które sprawdzają się lepiej niż niektóre z tych, które wymieniłem wcześniej, ale są mniej znane. Oczywiście jest też podobna lista dla trendów spadkowych. Lubię zwłaszcza opadające trójkąty, z których następuje wybicie w dół (tak zdarza się w 64 proc. wszystkich przypadków), cena spada o mniej niż 10 proc., po czym następuje odwrót i wybicie w górę. Ten ostatni ruch jest często potężny. Taką formację nazywam „spalonym" opadającym trójkątem.

Czy ma pan jeszcze jakieś inne ulubione formacje?

Warta uwagi jest formacja, którą nazywam „odwróconym odbiciem zdechłego kota" (inverted dead-cat bounce). Wyobraźmy sobie, że mamy akcję, która któregoś dnia podrożała o  10?proc., 20 proc., a nawet więcej. Przyczyna skoku jest często związana z wynikami finansowymi, ale równie dobrze spółka mogłaby zdobyć nowy kontrakt lub dostać lepszą rekomendację od analityków. Jest mnóstwo potencjalnych przyczyn takiego skoku. W kolejnych dniach najczęściej kurs zawraca w dół, oddając część zysków, chyba że np. na skutek oferty przejęcia notowania stabilizują się na wysokim poziomie. Stwierdziłem, że akcje najlepiej sprzedać następnego dnia po nagłym skoku kursu. Najczęściej to właśnie wtedy zanotowany zostanie szczyt.

Ostatnia dekada przyniosła wzrost popularności świeczek japońskich. Czy sądzi pan, że oparte na nich formacje są bardziej efektywne i trafne niż te widoczne na klasycznych wykresach?

Napisałem książkę pod tytułem „Encyclopedia of Candlestick Charts" („Encyklopedia wykresów świecowych"), w której przyjrzałem się skuteczności 103 formacji świecowych. Stwierdziłem, że 31 proc. formacji nie zakończyło się oczekiwanym wybiciem. Przykładowo przyjmuje się, że spadkowa formacja harami jest formacją odwrócenia trendu na spadkowy. Tymczasem z moich testów wynika, że w rzeczywistości w 53 proc. przypadków jest to formacja kontynuacji trendu wzrostowego. Innymi słowy, kurs na zamknięciu znajduje się częściej powyżej tej formacji niż poniżej! Jeśli założę, że interesują mnie wyłącznie formacje świecowe sprawdzające się w co najmniej dwóch trzecich przypadków oraz które pojawiają się wystarczająco często, to warunki te spełnia zaledwie 6 proc. wszystkich formacji. Innymi słowy, owe 6 proc. to grupa, którą nazywam formacjami świecowymi o „ratingu inwestycyjnym". Tylko na nich można opierać decyzje. To zresztą jeszcze niepełny obraz. Na tej podstawie ciągle nie wiadomo jeszcze, o ile rosną kursy po wybiciu z formacji. Co z tego, że dana formacja zmiany trendu działa w  70?proc. przypadków i pojawia się dość często, skoro kurs po jej zanotowaniu spada zaledwie o 1 proc.? W mojej książce pokazałem także zachowanie notowań w kolejnych dniach i spróbowałem stworzyć rankingi według różnych metod. Podsumowując, moja odpowiedź na pytanie jest następująca: inwestor powinien stosować taką metodę, która najlepiej mu służy. Jeśli potrafi wykorzystywać świece, to powinien to nadal czynić. To samo można powiedzieć np. o średnich kroczących. Ja z kolei mam słabość do formacji. Dają wyraźne sygnały kupna i sprzedaży.

Czy poza formacjami stosuje pan wskaźniki techniczne?

Interesuje mnie jedynie cena, czasem także obroty. Stwierdziłem, że większość wskaźników nie sprawdza się wystarczająco dobrze, bym mógł je wykorzystać, chociaż pewnie inni inwestorzy mogą mieć inne zdanie na ten temat. Giełdowi nowicjusze często „obładowują się" wskaźnikami, myśląc, że każdy z nich to dodatkowa wartość dodana. Kiedyś czytałem o systemie, który był oparty bodajże na siedmiu średnich kroczących! Autor tej strategii użył z tego co pamiętam 9- i 20-okresowych średnich na skali 5-minutowej, sygnały potwierdzał średnimi z 50 i 200 okresów na skalach 15- i 60-minutowych. Do tego dorzucił jeszcze „dla zabawy" średnią 200-okresową na skali 5-minutowej. Przetestowałem tę metodę i stwierdziłem, że można byłoby pozostawić zaledwie dwie z tych wszystkich średnich, by uzyskać zbliżone wyniki.

Bada pan rynki od wielu lat. Czy zauważył pan jakieś poważne zmiany (np. więcej błędnych sygnałów)?

Oto co napisałem na mojej stronie internetowej w 2009 roku: „Badania obejmujące niemal 14 tysięcy formacji powstałych w latach 1991–2008 pokazują, że formacje przynoszą od dwóch do czterech razy więcej błędnych sygnałów niż w przeszłości. Przykładowo, w trakcie hossy lat 90. jedynie  14?proc. formacji przyniosło wzrost mniejszy niż 10 proc. W trakcie hossy lat 2003–2007 odsetek takich nieudanych formacji podwoił się, do 28 proc.". To wyjaśnia, dlaczego ostatnio trudniej jest zarabiać pieniądze na rynkach.

Na początku wspomniał pan o analizie fundamentalnej. Czy stosuje ją pan przy podejmowaniu decyzji?

Zawsze. Lubię mieszankę analizy fundamentalnej i technicznej. Czytam raporty analityków, przyglądam się wskaźnikom takim jak cena/wartość księgowa, cena/sprzedaż, zmianom wydatków inwestycyjnych itd. Wskaźniki te pozwalają mi wybrać te akcje, które moim zdaniem będą sprawować się lepiej w długim okresie (dłuższym niż sześć miesięcy). Następnie zdaję się na analizę techniczną, jeśli chodzi o sygnały kupna i sprzedaży.

Jakie są pana przemyślenia w kwestii dywersyfikacji portfela?

Lubię zdywersyfikowany portfel. Teraz, kiedy rynki lecą w dół, mam 25 proc. portfela w akcjach płacących dywidendę spółek użyteczności publicznej. Owe 25 proc. jest podzielone między akcje z zachodnich, środkowych i wschodnich stanów USA, po ok. 8 proc. Do tego mam zwykle inne akcje, jedną lub dwie z każdej branży, stanowiące ok. 5 proc. wartości portfela. To daje mi łącznie ok. 30 walorów. To taki mały fundusz inwestycyjny. Większość inwestorów powinna mieć od 8 do 10–12 walorów, podzielonych pomiędzy główne pozycje (trzymane przez dłuższy czas), strategię średnioterminową (pozycyjną) i swing trading (akcje trzymane są średnio przez kilka dni – red.). Do tego powinna dojść też gotówka. Nawet daytraderzy powinni uwzględnić w portfelu zdywersyfikowane długoterminowe pozycje.

Jakich wskazówek udzieliłby pan początkującym inwestorom?

Na początek warto handlować akcjami jedynie „na papierze". Dzięki temu można dużo się nauczyć. Zanim kupiłem moją pierwszą akcję, najpierw przez cztery lata handlowałem na sucho. Dzięki temu zacząłem zarabiać od razu, od pierwszej rzeczywistej transakcji. Na początek radziłbym też inwestować w oparciu o strategię „kup i trzymaj", dopiero potem zająłbym się bardziej aktywną strategią pozycyjną, w której można spróbować sił w timingu. Na końcu warto zainteresować się swing-tradingiem lub daytradingiem. Najlepiej wybrać ten z tych czterech rodzajów strategii, który daje danemu inwestorowi poczucie największego komfortu. W przypadku daytradingu warto trzymać się garstki, powiedzmy dwóch lub trzech, akcji każdego dnia, które sprawdzają się dobrze w danych warunkach rynkowych. I ostatnia ważna rada – należy unikać dźwigni finansowej.

A jeśli chodzi o bieżącą sytuację – jak rozpoznać moment, w którym sytuacja na rynkach poprawi się na dłużej?

Pomocna może okazać się formacja, którą nazywam „brzydkim" podwójnym dnem (więcej informacji: http://thepatternsite.com/udb.html). Powstaje ona, kiedy drugie dno kształtuje się 5 proc. powyżej pierwszego dołka. Kiedy notowania na zamknięciu przekroczą najwyższy szczyt ukształtowany pomiędzy tymi dwoma dołkami, będzie to sygnał nowego ruchu w górę. Formacja ta nie zawsze się sprawdza, ale jeśli zobaczymy ją na wykresach wielu indeksów i poszczególnych spółek, będzie to dobra wskazówka, że rynek osiągnął już twarde dno. Warto to połączyć z obserwacją tego, w jaki sposób rynek reaguje na dobre i złe wiadomości. Jeśli złe doniesienia ciągną akcje w dół, ale tylko w niewielkim stopniu (powiedzmy 30–40 punktów w przypadku Dow Jonesa), a dobre wiadomości podnoszą rynek w dużym stopniu (o ponad 100 pkt), jest to potwierdzenie zmiany tendencji. Do czasu pojawienia się takich sygnałów zalecałbym trzymanie w portfelu gotówki, a potem kupowanie akcji i trzymanie ich przez co najmniej rok. 1,5–2 lata później należałoby zacząć myśleć o sprzedaży. Jeśli uda się wejść na rynek w wystarczająco dobrym momencie (w ciągu 3–4 miesięcy od dna), można będzie zarobić sporo pieniędzy. Pod warunkiem, że akcje będzie się trzymało przez dłuższy czas bez ulegania pokusie ciągłego nimi obracania.

Thomas N. Bulkowski

Znany amerykański specjalista od analizy technicznej, a zwłaszcza formacji liniowych. Pod patronatem „Parkietu" ukazała się właśnie polska edycja książki Bulkowskiego „Analiza formacji na wykresach giełdowych. Wprowadzenie" („Getting Started in Chart Patterns"). Autor może się pochwalić 30-letnim doświadczeniem w handlu akcjami. Swoje spostrzeżenia i wyniki obszernych badań przedstawił w czterech książkach i licznych artykułach w magazynach poświęconych inwestowaniu.


Wideo komentarz

REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA