W ostatnich tygodniach na rynku walutowym doszło do istotnych zmian. Dolar wyraźnie się umocnił po pierwszych wystąpieniach nowego szefa Fedu, a rynek zaczął wyceniać możliwość podwyżek stóp procentowych w USA. Słusznie?

Czerwcowe posiedzenie FOMC było momentem przełomowym dla rynków. Wtedy zaczęły się krystalizować oczekiwania, że Fed może jeszcze w tym roku podnieść stopy procentowe. Trzeba jednak pamiętać, że projekcje członków FOMC były podzielone – dokładnie połowa zakładała możliwość podwyżki, a druga połowa uważała, że nie będzie ona konieczna. Warto też przypomnieć, że zarówno w 2024, jak i 2025 r. amerykańska gospodarka wyraźnie spowalniała w miesiącach letnich. W 2024 r. pojawiły się nawet obawy przed recesją, a Fed rozpoczął cykl obniżek stóp procentowych. Dlatego sądzę, że także tym razem okres letni może ograniczyć presję na zacieśnianie polityki pieniężnej. Nie mówię o obniżkach stóp, ale raczej o tym, że podwyżka może ostatecznie nie być potrzebna. Rynek pracy pozostaje wprawdzie w dobrej kondycji, jednak jego poprawa wyraźnie wyhamowała. Jednocześnie ceny paliw w USA mocno spadły – obecnie galon benzyny kosztuje niespełna 3,8 USD wobec około 4,6 USD w szczycie napięć na Bliskim Wschodzie. To powinno przełożyć się przynajmniej na jeden miesięczny spadek inflacji konsumenckiej, co może ograniczyć spekulacje dotyczące podwyżek stóp.

Reklama
Reklama

Czytaj więcej

Ekonomiści PKO BP liczą na cofnięcie dolara

Wobec tego dolar się zagalopował? Kurs EUR/USD spadł przecież poniżej 1,14.

To bardziej złożona kwestia. Słabość dolara w 2025 r. miała dwa źródła – cykliczne i strukturalne. Mówiliśmy o odpływie kapitału z USA, spadku zaufania do amerykańskich instytucji czy rosnącym zadłużeniu. Większość tych problemów wcale nie zniknęła. Jednocześnie dolarowi bardzo pomogły czynniki cykliczne. Oczekiwania inflacyjne przestały rosnąć, natomiast rentowności obligacji utrzymywały się wysoko. To odzwierciedla zmianę nastawienia Fedu, uporczywość inflacji oraz zaskakująco dobrą kondycję amerykańskiej gospodarki, która po raz kolejny okazała się wyjątkowo odporna na tle Europy. Silny wzrost realnych stóp procentowych dodatkowo wspierał dolara. Warto jednak zauważyć, że średnia liczba nowych miejsc pracy znacząco wzrosła względem początku roku. Kiedy Donald Trump wskazywał następcę Jerome’a Powella, rynek wyceniał około 60 punktów bazowych obniżek stóp w tym roku. Tymczasem poprawa sytuacji gospodarczej oraz zmiana retoryki Fedu całkowicie zmieniły te oczekiwania. Mimo to indeks dolara od początku roku wzrósł jedynie o kilka procent. To pokazuje, że obecne odbicie pozostaje stosunkowo niewielkie wobec wcześniejszej skali osłabienia. Strukturalne problemy amerykańskiej waluty nie zniknęły, dlatego nadal uważam, że długoterminowy trend słabości dolara może być kontynuowany.

Czy rynek nie zacznie jednak ponownie wyceniać podwyżek stóp procentowych, jeśli sytuacja na Bliskim Wschodzie ponownie podbije ceny ropy?

Rozwój wydarzeń na rynku ropy może bardzo silnie wpływać na oczekiwania dotyczące polityki banków centralnych. Trzeba pamiętać, że ceny paliw w USA nadal są wyraźnie wyższe niż przed konfliktem USA i Izraela z Iranem. Powrót wydobycia oraz transportu surowców energetycznych do normalności będzie procesem długotrwałym. Pod koniec czerwca przez Cieśninę Ormuz przesyłano nawet około 20 mln baryłek ropy dziennie, jednak wiele instytucji ocenia, że pełna odbudowa wydobycia potrwa jeszcze kilka miesięcy. Goldman Sachs prognozuje również, że transport przez Cieśninę Ormuz pozostanie poniżej poziomów z 2025 r. Każde kolejne zaostrzenie sytuacji będzie więc komplikowało obraz rynku. Widać to choćby po przypadku katarskiego tankowca, który wyłączył swoje transmitery podczas rejsu przez Morze Arabskie – to praktyka mająca ograniczyć ryzyko ataku, ale jednocześnie utrudniająca ocenę rzeczywistego ruchu tankowców.

Jak duże mogą być jeszcze wstrząsy na rynku ropy? Czy możliwy jest powrót do cen powyżej 100 dolarów za baryłkę, czy jednak rynek będzie zakładał, że wcześniej czy później sytuacja znów wróci do normy?

Rynek reaguje obecnie bardzo dynamicznie. Trzeba jednak pamiętać, że w okresie największych napięć baryłka ropy Brent kosztowała blisko 120 dolarów. Na tym tle obecne poziomy są relatywnie niskie. Można odnieść wrażenie, że inwestorzy zakładają raczej krótkotrwałe zaostrzenie sytuacji i wierzą, że ostatecznie uda się utrzymać porozumienie oraz doprowadzić do stabilizacji. Jednocześnie pojawia się coraz więcej powodów, by w to wątpić. To z kolei zmniejsza prawdopodobieństwo dalszych spadków cen ropy.

Na koniec złoto - czy bardziej będzie ono podatne na ruchy dolara, czy może wzrost niepewności na Bliskim Wschodzie sprawi, że złoto będzie zyskiwało na wartości poprzez narrację bezpiecznej przystani?

Obecnie notowania złota są przede wszystkim uzależnione od napływów kapitału do funduszy ETF. Te z kolei pozostają silnie powiązane z poziomem realnych stóp procentowych. W praktyce oznacza to, że złoto jest dziś przede wszystkim zakładnikiem dolara i amerykańskiej polityki pieniężnej. Od początku konfliktu z Iranem ceny złota spadły o ponad 20 proc., podczas gdy rentowności amerykańskich obligacji wyraźnie wzrosły. To właśnie wyższe realne stopy procentowe wywierają obecnie największą presję na kruszec. Jeżeli jednak gospodarka USA zacznie wyraźniej hamować, a inflacja będzie nadal spadać – najbliższy odczyt CPI powinien pokazać miesięczny spadek cen – presja na metale szlachetne również powinna stopniowo słabnąć.