Ta dekada miała w Europie należeć do Niemiec. W wyniku kryzysu w strefie euro Niemcy weszły w rolę kraju dominującego gospodarczo i politycznie w UE, kraju, który się z tą dominacją niewiele krył. Angela Dorothea Merkel, rządząca RFN od 2005 r., nazywana była „królową Europy", a jej osobiste stanowisko co do tego, co zrobić z Grecją i strefą euro, znaczyło o wiele więcej niż opinia jakiegokolwiek europejskiego oficjela. Znalazła się u szczytu potęgi, gdy latem zdołała zdusić opór Grecji przeciwko narzucanej polityce gospodarczej. Teraz jednak „królowa Europy" znalazła się w kłopotach. Poparcie dla jej chadeckiej koalicji CDU/CSU spadło w ciągu miesiąca z 41 proc. do 36 proc. Na ulicach niemieckich miast odbywają się wielotysięczne demonstracje wymierzone w Merkel (podczas 20-tysięcznego wiecu w Dreźnie wystawiono pani kanclerz symboliczną szubienicę za „zdradę"), a na politycznych salonach coraz częściej można słyszeć o konieczności zastąpienia „zużytej" szefowej rządu kimś innym. Dziennik „Die Welt" donosił niedawno, że Merkel może zostać zmuszona do odejścia przez wewnątrzpartyjną opozycję, a zastąpi ją minister finansów Wolfgang Schaeuble. Ma on już 73 lata, Merkel pozbawiła go pod koniec lat 90. niemal pewnej posady kanclerza, a później przeszkodziła mu w wyrzuceniu Grecji ze strefy euro, więc pewnie chciałby się na niej odegrać. – Schaeuble uważa, że byłby lepszym kanclerzem od Merkel. Oczywiście, że zgodziłby się zostać szefem rządu, nawet na okres przejściowy. Ma dość bycia wiecznym ministrem – mówił dziennikowi „Die Welt" jeden ze współpracowników ministra finansów. Jeśliby ten scenariusz się spełnił, to ryzyko rozpadu Eurolandu znacząco by wzrosło. Ożywienie kryzysu w strefie euro byłoby w takim wypadku skutkiem ewentualnego kryzysu politycznego w Niemczech, które zaliczyły w ostatnich miesiącach dwie olbrzymie wpadki: kryzys imigracyjny oraz aferę Volkswagena, a także doświadczyły spowolnienia wzrostu gospodarczego z powodu kryzysu na rynkach wschodzących.