Jeszcze jakiś czas temu mogło się wydawać, że maj na globalnych giełdach przyniesie klasyczne „sell in May and go away”. Głównie dlatego, że Wall Street miało za sobą szalony okres trwających od końca marca wzrostów, więc realizacja zysków wydawała się czymś naturalnym. Szczególnie że sytuacja na Bliskim Wschodzie wciąż pozostawała nierozwiązana, ropa dalej nie płynęła przez Cieśninę Ormuz, inflacja na całym świecie rosła, co stawiało banki centralne w trudnej sytuacji, a wielokrotnie rodzące się nadzieje na pokój okazywały się tylko mrzonką. Co więcej, spółki technologiczne, które napędzały zwyżkę Wall Street, opublikowały już wyniki, więc brakowało nowego paliwa do dalszych wzrostów. Mieliśmy więc klasyczny układ, w którym rynkowe nadzieje się nie zmaterializowały, a czynniki stojące za ostatnimi wzrostami się wyczerpały. Wypisz-wymaluj przepis na głębszą korektę.

Nic z tego. Po raz kolejny rynki akcji udowodniły, że lepiej trzymać się głównego trendu niż grać pod najbardziej oczywisty korekcyjny scenariusz, bo nigdy nie wiadomo, kiedy skończy się ten trend. Przypomniały też, że w czasie hossy można wielokrotnie grać... pod ten sam temat. W tym przypadku pod zakończenie wojny na Bliskim Wschodzie. Ostatni raz wczoraj. Przy czym to raczej początek długiej, ostatniej rozgrywki niż jednodniowy wyskok.

Ten tydzień rozpoczął się na globalnych rynkach akcji od wzrostów. Podobnie było w Warszawie, gdzie giełda poprawiła swoje rekordy. Po raz kolejny nastroje poprawiły nadzieje na koniec wojny na Bliskim Wschodzie. Trudno zliczyć, który to już był raz. Jednak tym razem może to być już ten ostatni. I to nie dlatego, że cierpliwość inwestorów się kończy, ale dlatego, że propozycje porozumienia pokojowego wyglądają na tyle rozsądnie, iż jest spora szansa na to, że za kilka dni wojna faktycznie się zakończy. Gdyby do tego doszło, mielibyśmy małą euforię na giełdach. I dopiero od tego momentu należałoby być bardziej ostrożnym.

To, że być może jesteśmy w przededniu takiej kończącej całą „bliskowschodnią epopeję” euforii, dość jasno wskazuje sytuacja na warszawskich indeksach. Weźmy na przykład indeks WIG. W poniedziałek mocno wybił się powyżej kwietniowego szczytu, czemu towarzyszyła sporych rozmiarów luka hossy i pokaźna dzienna świeca. Mocny popytowy sygnał. Jeżeli dodać do tego, że WIG podbił stopę zwrotu od początku roku do ponad 17 proc., a od marcowego „wojennego” dołka dzieli go ponad 19 proc., to trudno przejść obojętnie wobec takiego pokazu siły polskiej giełdy. A jeszcze trudniej założyć, że teraz WIG nagle i bez powodu zrobi mocny zwrot w dół. Gdy więc odrzucimy ten scenariusz, to pozostaje nam tylko mocniejszy ruch w górę – czyli dokładnie tam, gdzie wskazuje teraz sytuacja na wykresie indeksu szerokiego rynku. Dlatego póki co myśl o korekcie trzeba odłożyć na później.