Sesja zaczęła się spadkiem cen, ale nie było to dla nikogo zaskoczeniem
zważywszy na przebieg środowych notowań w Stanach Zjednoczonych. Rynek
amerykański poddał się korekcie po wtorkowym wzroście. Korekta nie była
płaska, jak przystało na silny rynek, ale stosunkowo głęboka.
Niedźwiedziom udało się zniwelować około dwóch trzecich pamiętnej zwyżki.
To stawiało pod znakiem zapytania siłę i motywację kupujących ze wtorek.
Nie niwelowało jednak zupełnie szans na dalszą zwyżkę. Z takimi odczuciami
zaczęliśmy dzień.
Skala przeceny nie była rekordowa. Po rozpoczęciu notowań na rynku akcji
było już coraz lepiej. Przed 11:00 rozpoczął się mocny wzrost cen. Na tyle
mocny, że wyciągnął rynek ponad poziom środowego zamknięcia. Wydawać by
się mogło, że popyt przełamał początkową niemoc. Problem w tym, że
wychodząc na plusy stracił parę. Przez kolejne trzy godziny ceny osuwały
się powoli. Spadek był systematyczny. Przed 14:00 ceny kontraktów i
wartość indeksu znalazły się pod poziomem porannych notowań. Nie trwało to
jednak długo. Kursy dość szybko powróciły nad poziomem porannego minimum,
a później powoli się wspinały. Ok. 15:00 mieliśmy do czynienia z kolejną
falą zakupów. Ceny ponownie dynamicznie wzrosły, choć już nie zaszły tak
wysoko, jak przed południem.
Sesję kończymy na minusach. Nie są one zbyt duże. Biorąc pod uwagę cały
tydzień plus należy się popytowi. Wtorkowy wzrost cen nie został
zanegowany, a więc nadal jest szansa na dalszą zwyżkę. Szansa dla byków
jest ważna, bo pomimo tego, że tydzień kończymy ponad poziomem
poniedziałkowego otwarcia, to nadal popytowi nie można przypisać przewagi.
Ba, do tego jest na razie bardzo daleko. Przewagę ma ciągle podaż, a może
to zmienić dopiero wyjście cen ponad poziom szczytu z 12 marca. Dziś nie
było warunków, by choćby spróbować do niego zbliżyć.
Na koniec pozostaje mi życzyć Państwu miłych i spokojnych świąt. Chwila
oddechu przyda się wszystkim. Do zabawy wracamy we wtorek.