Nie ma sensu pisać dziś wielkich elaboratów, bo sprawa i tak rozstrzygnie
się o 14:30. Wszyscy czekają na tą chwilę już od kilku dni. Wczoraj po raz
kolejny notowania na amerykańskim rynku akcji zakończyły się w pobliżu
końcówki poprzedniej sesji i ponownie było to potwierdzeniem spokojnego
dnia notowań. Także i tym razem notowania w Stanach nie będą miały
większego wpływu na poziom rozpoczęcia sesji u nas.
Zaczniemy zapewne w okolicy wczorajszego zamknięcia, a może nieco powyżej.
Zmiana cen, jeśli w ogóle się pojawi, będzie symboliczna. W pobliżu
początku sesji będzie prawdopodobnie przebywać przez większość czasu
notowań. Oczywiście do chwili publikacji danych opisujących sytuację
amerykańskiego rynku pracy. Po tej publikacji zdarzyć się może wszystko. A
sama publikacja? Oczekiwania są raczej mizerne. Prognozy mówią o spadku
liczby miejsc pracy w sektorze pozarolniczym o ok. 50-75k. Ostatnie dane,
które miały nam pomóc z ocenie tej zmiany są raczej mieszane, a więc nie
wpływają znacząco na możliwość rewizji prognoz. Gdyby okazało się, że
faktyczny odczyt jest lepszy od prognoz, a więc spadek liczby miejsc pracy
okazał się mniejszy, to można liczyć na znaczy skok cen w górę. Wprawdzie
lepsze dane to mniejsze szanse na obniżkę stóp procentowych, ale teraz
rynek martwi się o gospodarkę i wszelkie wiadomości sugerujące poprawę są
przyjmowane z radością. Dane słabsze zapewne także wywołają zamieszanie,
choć myślę, że skala ruchu będzie nieco mniejsza. Rynek ostatnio uodpornił
się na złe wiadomości. Jeśli już na nie reaguje, to dość opornie. Czy to
oznaka siły kupujących? Niewątpliwie, choć warto się zastanowić nad ich
motywami. Czy to wynik analiz, czy tylko nadzieja, że jednak najgorsze
jest już za nami, albo właśnie ma miejsce. Rynek przecież dyskontuje
przyszłość, a skoro ma być ona lepsza, to spadek nie byłby uprawniony.
Przyznam, że scenariusz zakończenia przeceny na styczniowo marcowych
dołkach byłby interesujący. Wynikałoby z tego, ze rynek przeżył największy
kryzys od czasu tego Wielkiego (jak ocenia część analityków) spadkiem
znacznie mniejszym niż pęknięcie bańki internetowej. Trzeba przypomnieć,
że mówimy tu o cenach bezwzględnych. W punktu widzenia inwestorów
zagranicznych należy jeszcze dorzucić spadek wartości dolara. Z tego
wynikałyby dwie możliwości: albo spadek cen nie odpowiadał skali
zagrożenia i grozi nam dalsza przecena, albo zagrożenie zostało
wyolbrzymione, a rynek sobie poradził z jego faktyczną wyceną. Przyznam,
że w tej chwili skłaniam się raczej ku tej pierwszej możliwości, bo
zagrożeń widać sporo. Niemniej zawsze swoje oceny stawiam za tym, co robi
rynek i to w jego ruchy się wsłuchuję. Jak będzie chciał dalej rosnąć,
przyjdzie to po prostu zaakceptować.