Nie zapowiadało się, że będzie to sesja przełomu i faktycznie trudno ja za
taką uznać. Zaczęliśmy od niewielkiego spadku cen. Można go uznać za
reakcję na lekkie minusy na kontraktach w USA, czy też równie lekkich
spadków w strefie azjatyckiej. Można także przyjąć, że ze względu na małą
różnicę między poziomem otwarcia, a poprzedniego zamknięcia, mamy do
czynienia jedynie z ruchem znajdującym się w zakresie uznawanym za zwykły
rynkowy szum. Obie wersje mogą być przyjęte. Nie ma to właściwie żadnego
znaczenia. Ważnym jest, choć i tu można mieć pewne zastrzeżenia, że cenom
nie udało się powrócić na poziomom wczorajszych notowań.
Niemal przez cały dzień mieliśmy do czynienia z konsolidacją (to już drugi
taki dzień w tym tygodniu). Dopiero w końcowej fazie sesji stery przejęła
jedna ze stron. Ponownie bardziej aktywna okazała się podaż. Także i tym
razem przewaga podaży nie była na tyle duża, by wywołać jakieś większe
zmiany oceny rynku. Spadek o półtora procenta oczywiście jest wart
odnotowania, ale trzeba zauważyć, że nadal przebywamy nad poziomem wsparć.
Zatem panika jest zdecydowanie przedwczesna. Tym bardziej, że jeszcze
wczoraj przebywaliśmy w okolicy szczytu z ubiegłego tygodnia.