Mamy za sobą kolejną sesję, która niczego nowego do obrazu rynku nie
wniosła. To już trzeci taki dzień w tym tygodniu. Zaczynam się obawiać,
czy w ogóle coś w trakcie tych pięciu dni się wydarzy. Na razie pozostaje
nam przyglądać się w sumie jałowym zmaganiom popytu z podaży w zakresie
wahań wyznaczonym z jednej strony przez szczyty z 2 i 7 kwietnia, a z
drugiej przez dołek z 3 kwietnia, a dalej dołek z 25 marca. Znajdujemy się
w trendzie bocznym zarówno w krótki, jak i średnim terminie. O podwójnym
dnie chyba wszyscy już zdążyli zapomnieć.
Przebieg sesji był nudny. Nie zmienią tej oceny te dwie chwile, gdy ceny
wykonywały nieco większy od zwykłych drgań ruch. Niska aktywność i głownie
kreślenie konsolidacji to nie to, czego oczekuje się po ciekawej sesji.
Wspomniane większe ruchy, to dwie fale zakupów, wywołane pojawiającym się
nagle sporym popytem, który zmiata wszystko co stoi po stronie podaży i
równie szybko znika. Wynikiem tego mamy wykres trendu bocznego, który
przerywany jest skokami cen. Wykres zmian cen na jednej sesji przypomina
więc schody. Trudno taką sesję nazwać wynikiem przewagi popytu. Skoro ceny
rosną, to i przewaga podaży nie wchodzi w grę. Podaż jest tu bierna.
Pozwala na te zabawy. Może dlatego, że na razie niczym to nie grozi.
Utrzymujemy status quo.