Wczorajsza sesja w Stanach nie będzie dla naszych graczy zbyt wielkim
natchnieniem. Niewielka zmiana tamtejszych indeksów sprawi, że początek
naszych notowań również niewiele będzie się różnił od wczorajszego
zamknięcia. Zapowiada się kolejna w miarę spokojna sesja. Podobnie jak
wczoraj, zabawa zacznie się dopiero po południu. Na 14:00 i 14:30
zaplanowane są publikacje, które mają potencjalną siłę wpłynąć na poziom
naszych notowań. I tak, o 14:00 pojawi się wartość polskiej inflacji, a
pół godziny później poznamy wartość inflacji amerykańskiej liczonej
wskaźnikiem CPI. Prognozy rodzimego tempa wzrostu cen są zbliżone, choć
nie identyczne. Ministerstwo Finansów spodziewa się, że inflacja w
kwietniu wyniesie 4,1 proc. Oficjalne prognozy analityków na rynku
skłaniają się do wartości nieco mniejszej. Wg ankiety Reutera ma to być
4,0 proc. Tak czy inaczej, jest to wartość, która przekracza poziom
akceptowalny przez władze monetarne. Te ostatnio nie zdecydowały się na
kolejnej zacieśnienie polityki pieniężnej. Wprawdzie inflacja ma jeszcze
rosnąć, ale i tak obecnie wykonywane ruchy nie mają wpływu na poziom
inflacji w najbliższym czasie. Pytanie, czy tendencje inflacyjne będą się
pogłębiać. Tu nadal głównym zagrożeniem jest rynek pracy. Polepszająca się
sytuacja polskich pracowników w połączeniu z powolnym dostosowaniem się
płac do średnich europejskich sprawia, że przedsiębiorcy odczuwają znaczną
presję kosztową. Po części rekompensują to większą wydajnością, ale od
jakiegoś czasu ta już nie nadąża. Zresztą nie wszyscy mają możliwość
szybkiego podniesienia wydajności. Sektor usług, gdzie praca człowieka
jest szczególnie znaczna, podniesienie wydajności jest trudne. Presja
inflacyjna nadal istnieje i na razie nie widać, by miało się to zmienić.
Procesy aktywizujące Polaków na razie nie przynoszą wielkich rezultatów.
Tu nadal tkwi spora rezerwa, o czym pisze się coraz częściej. Wysiłki
mające większych podaż pracowników, a więc i produkcji, powinny być
priorytetowe. Inflacja w Stanach, także niezmiernie ważna, jako że trzyma
się jakoś normy (mowa o bazowej, bo na szeroką i tak nikt nie patrzy, choć
jej wpływ na zakupy Amerykanów jest przecież bezdyskusyjny) jest w tej
chwili na drugim planie. Zarówno rynki, jak i Fed, bardziej skupiają się
na możliwym spowolnieniu gospodarczym. Dopiero skok inflacji może ten stan
zachwiać. Wczorajsze dane o dynamice cen importu pod tym względem nie są
dobre, ale widać było, że nie wywołały większego zaniepokojenia.
Ważniejsza była wyższa od prognoz dynamika sprzedaży detalicznej. Na
razie, bo wzrost cen nadal jest dużym ryzykiem w Stanach. Pompowanie
pieniędzy przez Fed nie może ujść bezkarnie.