Mamy kolejną sesję na rynkach amerykańskich, w czasie których tamtejsze
indeksy zaliczają spadek o ponad 4 proc. Co ważne, drugą w tym samym
tygodniu. To nie zdarza się często. Ba, nie zdarza się nawet raz do roku.
Nie zdarza się także często, by na jednym indeksie zanotowano 11 kolejnych
dni, na których poziom końca sesji okazał się być słabszy od poziomu jej
początku, a taką serię mamy właśnie na WIG20. Sytuacja jest więc
wyjątkowa. Zmiany amerykańskich indeksów po 4 proc., pokazują, że emocje
powoli narastają. Nie jest to jednak jeszcze to prawdziwe załamanie. Rynek
słabnie relatywnie szybko, ale to nie jest jeszcze to tąpnięcie, które
może oczyścić atmosferę.
SEC walczy z krótkimi pozycjami. Ponownie zakazuje otwierania gołych
krótkich pozycji (bez pożyczania akcji), ale co ważniejsze, przymierza się
do wprowadzenia wymogu raportowania o krótkich pozycjach posiadanych przez
fundusze hedgingowe i inwestorów o kapitale powyżej 100 mln dolarów. Jak
bumerang wraca więc dyskusja nad tym, czy otwieranie krótkich pozycji
rozdmuchuje zmienność, czy też ją dusi, czy wpływa na powiększenie strat,
czy też je w konsekwencji zmniejsza. Jak widać, przedstawiciele regulatora
trzymają się tradycyjnej opinii, która za spadki obarcza szorciarzy.
Wtórują im szef senackiej komisji bankowej, czy CEO Morgan Stanley. Są oni
zdania, że otwierający krótkie pozycje powiększają skalę kryzysu za pomocą
rozpowszechniania fałszywych informacji, atakując spółki. Przyznam, że
czyta się takie wypowiedzi delikatnie mówiąc ze zdziwieniem. Prace
naukowe, jakie były prowadzone w temacie, nie mają tu większego znaczenia.
Liczy się odczucie, że ten kto sprzedaje to odpowiada za spadek cen. Nie
ma znaczenia, że to właśnie ten, który sprzedaje jest często pierwszym,
który pojawia się po stronie popytowej, by zamknąć pozycję. Właśnie wtedy,
gdy rynek wykonał znaczny spadek i ci, którzy przykładnie trzymali długie
pozycje w końcu kapitulują i chcą się ich pozbyć. Teraz zatem będziemy
mieli czarną listę winnych, których będzie można obarczać
odpowiedzialnością za spadki cen. Przecież to jest jakieś przedszkole. Czy
nie lepiej wymieniać tych, którzy pozwalali na angażowanie się
prowadzonych przez nich firm na rynku kredytów hipotecznych w stopniu,
który doprowadził te firmy do upadku? Spadki tak, jak wzrosty to okres, w
czasie którego można zarabiać, no ale większość wtedy traci, a więc lepiej
tą mniejszość, która nie popełniła głupich błędów naznaczyć.
Po takiej przecenie w Stanach łatwo się domyśleć, że i my zaczniemy dzień
od spadku, choć jego skala nie musi być olbrzymia, bo część tej
amerykańskiej przeceny mamy już w cenach. Niemniej trzeba się liczyć z
minusami na otwarciu. A później? Czy czeka nas dwunasta sesja spadku
indeksu względem otwarcia? Trend, jaki jest, każdy widzi. Odbicie może się
pojawić, ale niczego ono nie zmieni. Tym samym emocji nie będzie, a i
roboty niewiele, bo nie zapowiada się, by trzeba było dokonywać
jakichkolwiek ruchów inwestycyjnych.