O wczorajszej sesji w Stanach wiele powiedzieć nie można. Jak czyta się
tytuły w serwisach, że indeksy spadły w związku z obawami o stan
gospodarki, to już wiadomo, że nic konkretnego się nie wydarzyło. Pewnie,
gdyby indeksy wzrosły, moglibyśmy poczytać, że rynek podniosły dane o
sprzedaży nowych domów. No, ale skoro zanotowano spadek cen. Swoją drogą,
wyższa sprzedaż domów na rynku pierwotnym to dobra wiadomość. Nie tylko z
tego powodu, że zanotowano wzrost obrotów, bo prawdę mówiąc nawet brak
zmiany byłby dobrą wiadomością. Pamiętać bowiem trzeba, że wielkość podaży
maleje (dane o nowych budowach i wydanych pozwoleniach), a zachowanie
choćby stałego poziomu sprzedaży domów sprawi, że wiszący nad rynkiem
nieruchomość nawis podażowy będzie powoli malał. Sytuacja nie poprawi się
oczywiście w ciągu kilku miesięcy, ale kto wie, może w przyszłym roku uda
się wyhamować tendencję spadku cen domów, co już byłoby dobrym sygnałem na
przyszłość.
Po prawdzie, fakt wczorajszej przeceny w USA i tak nie za bardzo nas już
interesuje. W strefie azjatyckiej przeważają byki. Indeks Nikkei zakończył
dzień wzrostem o ponad 6 proc. Hang Seng w Hang Kongu odrobił dziś niemal
całą poniedziałkową przecenę. Zatem początek naszych notowań nie będzie
taki zły. Prawdopodobny wydaje się start na poziomie zbliżonym do
wczorajszego zamknięcia, ale i plusy by mnie nie zdziwiły. Spodziewam się,
że rynek podniesie się ponad wczorajsze maksy, a więc powiększy skalę
ruchu oddalającego ceny od dołka bessy. Dojście cen do 1700 pkt. jest
możliwe, choć nie wiem, czy już dziś. Nie należy jednak przesadzać z
optymizmem. Korekta to jeszcze nie zmiana trendu, a na razie nic więcej o
tym ruchu powiedzieć nie można.