Jak przeczytałem w jednym z tekstów dotyczącym wczorajszych notowań na
giełdach o tym, że wzrost indeksów amerykańskich o ok. 10 proc. to gra
związana z oczekiwaniem na obniżkę stóp procentowych to szczerze mówiąc
zwątpiłem. O możliwości obniżki stóp mówi się od kilku tygodni. Kontrakty
na stopę procentową funduszy federalnych od dłuższego czasu w pełni
dyskontują możliwość dzisiejszego cięcia oprocentowania pieniędzy
pozyskiwanych z systemu rezerwy federalnej. Czyżby nikt o tym nie
wiedział i nagle rynek, w przeddzień wydarzenia, przypomniał sobie, że
zbliża się cięcie? Szkoda gadać.
Zatem co spowodowało wczorajszy strzał cen w USA. Oczywiście popyt, a ten
pojawił się wiedziony zapewne wieloma czynnikami. Jeden z największych
wzrostów cen w historii nie da się wytłumaczyć jednym argumentem. Tym
bardziej, gdy jest to argument śmieszny. Rynek mocno się zmienia, gdy jest
zaskoczony i gdy następuje nagła zmiana nastrojów. Czy trwała, to już
zupełnie inna sprawa. Wczoraj inwestorzy w USA poszli za przykładem rynków
światowych dorzucając coś do puli od siebie. Skala ruchu jest znaczna. Tak
jak przystało na solidną korektę w trendzie spadkowym. Tak, bo na razie
ten skok cen niczego nie zmienił. Także dzisiejsza możliwa zwyżka na
naszym rynku nie zmieni kierunku trendu. My mamy w pewnym sensie ułatwione
zadanie. Prawdopodobnie zaczniemy relatywnie wysoko i będzie sobie
obserwować, czy popyt jest w stanie ten relatywnie wysoki poziom cen
utrzymać.
Byków nie będą wspierały dane finansowe. Dziś swoje wyniki opublikowała
TPS. Grupa w III kw. miała przychody na poziomie 4,539 mld złotych, a
oczekiwano, że będzie to 4,569 mld złotych. Zysk na poziomie netto
osiągnął wartość 630 mln złotych, przy prognozach 623 mln złotych. Jak
widać, wyniki nie różnią się znacznie od oczekiwań, a tym samym będą miały
niewielki wpływ na notowania spółki. Nie znaczy to, że TPS nie wzrośnie.
Zapewne pójdzie z całym rynkiem w górę, ale tłumaczenie tego wynikami nie
ma sensu.