A ekonomistów nie uczy się – a na pewno nie uczyło przed dekadą, gdy studiowałem – że spiritus movens przedsiębiorców może być coś innego niż dążenie do maksymalizacji zysku, na przykład wielkoduszność, honor i tym podobne rycerskie wartości.
Koncepcję rycerskości gospodarczej ukuł skądinąd dobrze znany wszystkim adeptom ekonomii Alfred Marshall, autor słynnego wykresu, na którym przecinają się krzywe popytu i podaży, wyznaczając rynkową równowagę. Ze sporu o naturę ludzką, który ekonomiści toczyli jeszcze na przełomie XIX i XX w., Marshall nie wyszedł jednak zwycięsko. Górę wzięli orędownicy koncepcji homo oeconomicus, człowieka gospodarującego. Taki osobnik jest w pełni racjonalny, ma precyzyjnie określone i niezmienne preferencje i cele, a to przesądza o jego decyzjach. Nie ma i nie było chyba ekonomisty, który nie zdawałby sobie sprawy, że ludzka natura jest daleko bardziej skomplikowana. A jednak homo oeconomicus trafił do „twardego rdzenia" nauk ekonomicznych. Dlaczego? Bo tę koncepcję łatwo włączyć do zmatematyzowanych modeli ekonomicznych, a to właśnie ich zastosowanie daje ekonomii status nieomal ścisłej nauki, która – tak jak fizyka czy chemia – jest w stanie odkrywać uniwersalne prawa rządzące rzeczywistością. Status, którego ekonomii zazdroszczą przedstawiciele innych nauk społecznych.