Reklama

Czy gospodarka Ameryki wytrzyma wojnę?

Rosnące ceny paliw stały się już problemem politycznym w Stanach Zjednoczonych. Są one wciąż jednak o wiele niższe niż w Europie. Choć pojawiły się wcześniej oznaki osłabienia gospodarczego, to do recesji w USA wciąż jest daleko.
Uderzenia w bliskowschodnią infrastrukturę naftową i gazową wywołały poważny niepokój na światowych

Uderzenia w bliskowschodnią infrastrukturę naftową i gazową wywołały poważny niepokój na światowych rynkach. Stany Zjednoczone były jednak dotychczas tylko w 2 proc. zależne od ropy z krajów położonych nad Zatoką Perską. Odczuwają one te zaburzenia pośrednio, poprzez ogólny wzrost cen ropy na światowych rynkach. Fot. afp

Foto: parkiet.com

Z tego artykułu dowiesz się:

  • Jak konflikt na Bliskim Wschodzie wpływa na gospodarkę USA?
  • Jak globalne ceny ropy się różnią i kształtują regionalnie?
  • Jakie trendy prezentują wskaźniki USA: inflacja, PKB i nastroje konsumentów?
  • Jak ekonomiści oceniają ryzyko recesji w USA i co na nie wpływa?
  • Co wzmacnia amerykański sektor wytwórczy, w tym nowe technologie?
  • Jak ceny paliw w USA różnią się od Europy pod kątem politycznym?

Prezydent USA Donald Trump zdawał sobie sprawę, że atak na Iran może stworzyć zagrożenie dla żeglugi w Cieśninie Ormuz. Zwracali mu na to uwagę wojskowi. Zapewne jednak spodziewał się, że zagrożenia te będą miały mniejszą skalę. Być może liczył na to, że po pierwszym, bardzo silnym uderzeniu dekapitacyjnym w Teheran, uaktywni się w Iranie frakcja skłonna do zawarcia pokoju. Może liczył też na nową falę protestów wymierzonych w reżim, które prowadziłyby do jego obalenia. Z drugiej jednak strony pojawiały się przecieki mówiące, że kampanię lotniczą przeciwko Iranowi zaplanowano na wiele tygodni. Szybki upadek reżimu nie był więc głównym scenariuszem. Spodziewano się też, że Iran uderzy odwetowo nie tylko w Izrael, ale też w amerykańskie bazy w regionie. Nie wiadomo jednak, czy oczekiwano też irańskich uderzeń w dubajskie wieżowce, saudyjskie pola naftowe, katarskie instalacje gazowe i w tankowce w Zatoce Perskiej. Iran postawił na sianie chaosu, tak by rosnące ceny ropy i przecena na giełdach zmusiły Trumpa do przerwania wojny. Czy to mu się udało? W poniedziałek prezydent USA zaskoczył rynki pisząc o „dobrych i konstruktywnych” rozmowach prowadzonych z Iranem. Zapowiedział też, że wstrzyma się na 5 dni z realizacją groźby zniszczenia irańskich elektrowni. Oczywiście nie wiadomo, czy chciał je rzeczywiście niszczyć i czy myślał o zajęciu wyspy Chark przez którą przechodziło dotychczas 90 proc. irańskiego eksportu ropy. Inwestorzy chwilowo uwierzyli jednak w to, że możliwe jest zakończenie wojny, zanim zacznie wyrządzać ona poważne szkody gospodarce amerykańskiej.

Rosnąca presja

Podczas tej wojny okazało się, że świat ma trzy główne rynki ropy, na których ceny mocno się różnią. W czasie gdy cena ropy gatunku Oman (trafiającej głównie do Azji Wschodniej) dochodziła do 167 dol. za baryłkę, ropa Brent (będąca europejskim benchmarkiem) kosztowała 119 dol. za baryłkę, a amerykańska ropa WTI - 97 dol. za baryłkę. Stany Zjednoczone w ostatnich latach w niewielkim stopniu korzystały z ropy z Bliskiego Wschodu, gdyż same są wielkim producentem tego surowca, a w styczniu dodatkowo uzyskały szeroki dostęp do wenezuelskiej ropy. Wojna dotykała więc w dużo większym stopniu kraje Europy i Azji. Ogólny wzrost cen surowca na globalnych rynkach zaczął jednak też być odczuwalny w Stanach Zjednoczonych. O ile średnia cena paliwa dieslowskiego w USA wynosiła w dołku ze stycznia 3,53 dol. za galon, to w tym tygodniu sięgała 5,38 dol. i była najwyższa od sierpnia 2022 r. Benzyna zdrożała w podobnym okresie z 2,93 dol. do 4,10 dol. za galon. Jej cena w przeliczeniu na litr sięgnęła 1,08 dol. (3,98 zł), a cena diesla 1,42 dol. (5,23 zł). W porównaniu z Polską i innymi krajami Europy wydaje się ona nadal dosyć niska. (Na Starym Kontynencie tańszą benzynę niż w USA mają tylko Białoruś i Rosja.) W Stanach Zjednoczonych taki poziom cen paliw staje się już jednak problemem politycznym.

– To tylko tymczasowy skok. Za czasów administracji Bidena, ceny benzyny były wysokie przez cztery lata. Są one również wysokie teraz, ale nie są tak duże jak w pewnych okresach rządów Bidena – uspokajał niedawno wiceprezydent JD Vance.

Foto: GG Parkiet

Reklama
Reklama

Ceny paliw to jednak nie jedyne zmartwienie administracji Trumpa. Wojna przyniosła też wyprzedaż na rynkach. Co prawda indeks S&P 500 nawet nie wszedł w korektę, ale rentowność amerykańskich obligacji dwudziestoletnich chwilowo przebiła poziom 5 proc. To oznacza, że wzrośnie również oprocentowanie pożyczek hipotecznych. Można się też spodziewać, że wzrosną oczekiwania inflacyjne Amerykanów, a także pogorszy się ich ocena sytuacji gospodarczej. Opracowany przez analityków Deutsche Banku „indeks presji” (oparty m.in. na zachowaniu S&P 500, rentownościach amerykańskich obligacji, oczekiwaniach inflacyjnych oraz sondażach popularności Trumpa) sięgnął w ostatnich dniach wyższego poziomu niż podczas zeszłorocznej, kwietniowej paniki związanej z cłami. To sugerowało, że administracja Trumpa może zacząć łagodzić kurs w kwestii wojny.

Nastroje konsumenckie w USA są wyraźnie słabe. Mierzący je indeks Uniwersytetu Michigan spadł w marcu do 55,5 pkt. z 56,6 pkt. w lutym. Najniższy poziom za obecnej kadencji Trumpa osiągnął on jak dotąd w listopadzie. Wynosił wtedy 51 pkt. Za rządów Joe Bidena był on najniżej w czerwcu 2022 r. i wynosił 50 pkt. W styczniu 2025 r., czyli w pierwszym miesiącu drugiej kadencji Trumpa sięgał on 71,1 pkt. Za rządów Bidena, najwyżej był w kwietniu 2021 r. i wynosił wtedy 88,3 pkt. W lutym 2020 r., „za pierwszego Trumpa”, tuż przed pandemią sięgał 101 pkt. Wygląda więc na to, że w ostatnich latach mieliśmy w USA – niezależnie od tego, kto rządził – „vibecesję”, czyli stan, w którym dosyć przyzwoitym danym o wzroście gospodarczym towarzyszą kiepskie nastroje społeczne.

Foto: GG Parkiet

Pojawiły się też oznaki osłabienia gospodarki USA w ostatnich miesiącach. Dane o wzroście PKB za czwarty kwartał zrewidowano w dół z 1,4 proc. do 0,7 proc. (To dane annualizowane, czyli liczone kw./kw. w tempie rocznym.) Stopa bezrobocia wzrosła w lutym do 4,4 proc., a liczba nowych etatów niespodziewanie spadła o 92 tys. Wzrost płac wyniósł jednak 4,6 proc., przy inflacji utrzymującej się na poziomie 2,4 proc. To nie są jeszcze dane sugerujące recesję. Wzrost gospodarczy za pierwszy kwartał może okazać się jeszcze dosyć przyzwoity. Liczony przez oddział Fedu w Atlancie wskaźnik GDPNow sugeruje, że wyniesie on 2 proc. Gdyby jednak zakłócenia na globalnym rynku naftowym przedłużały się, to wzrosłoby ryzyko scenariusza stagflacyjnego.

Czytaj więcej

Inwestorzy chwycili się szansy na rozejm, choć jest on niepewny

– Przed ostatnim skokiem cen ropy naftowej w amerykańskim przemyśle wytwórczym trwało ostrożne ożywienie. Co prawda mierzalna produkcja jeszcze nie przyspieszyła. Jednak indeks ISM dla sektora wytwórczego, który przez niemal całe ostatnie cztery lata znajdował się poniżej poziomu 50 (teoretycznie oznaczającego kurczenie się sektora fabrycznego), skoczył w styczniu do 52,6 i w zeszłym miesiącu utrzymywał się blisko tego poziomu. Chociaż wciąż jest to niski poziom jak na standardy ostatnich ożywień w przemyśle, to gwałtowny wzrost komponentu nowych zamówień pokazał, że księgi zamówień producentów szybko się zapełniają, co zapowiada dalsze wzmocnienie sektora w najbliższym czasie – zwraca uwagę Thomas Ryan, ekonomista z firmy badawczej Capital Economics.

Reklama
Reklama

Jego zdaniem, do tego ożywienia częściowo przyczynił się boom na sztuczną inteligencję, zwiększający popyt na podzespoły komputerowe. – Jednak sektory high-tech nie mogą przypisać sobie pełnej zasługi za niedawne poprawienie się wskaźników aktywności produkcyjnej, ponieważ odpowiadają za mniej niż 5 proc. całkowitej produkcji. Co więcej, mimo wciąż solidnego wzrostu na poziomie 9 proc. r/r, dynamika produkcji high-tech w ostatnim czasie wyraźnie zwalnia. Zamiast tego produkcja w większych, bardziej tradycyjnych sektorach – takich jak lotnictwo, dobra konsumpcyjne i maszyny – w ostatnich miesiącach zaczęła rosnąć po kilku latach kurczenia się, co jest zgodne z poszerzaniem się ożywienia. Głównym czynnikiem napędzającym wzrost było odbicie w globalnym cyklu produkcyjnym. Amerykański sektor wytwarzający dobra jest silnie uzależniony od warunków globalnych, które w ciągu ostatnich trzech lat systematycznie się poprawiały, a ostatnio wyraźnie przyspieszyły – dodaje Ryan.

Wysoki próg bólu

Ekonomiści biorący udział w zeszłotygodniowej ankiecie „The Wall Street Journal” podwyższyli średnie prawdopodobieństwo recesji w USA do 32 proc. To niewielki wzrost w porównaniu ze styczniem, gdy wynosiło ono 27 proc. Ogólnie spodziewają się oni, że inflacja będzie przejściowo wyższa, a wzrost gospodarczy i bezrobocie pozostaną w dużej mierze na tym samym poziomie – pod warunkiem, że szok naftowy okaże się tymczasowy. Zapytani, jak bardzo musiałaby wzrosnąć cena ropy, aby prawdopodobieństwo recesji w USA przekroczyło 50 proc., podali szeroki zakres odpowiedzi: od 90 do 200 dol. za baryłkę, przy średniej wynoszącej 138 dol. W odpowiedziach na pytanie, jak długo ceny ropy musiałyby utrzymywać się na podwyższonym poziomie, by poważnie zaszkodzić gospodarce, wskazali od 4 do 55 tygodni, ze średnim czasem 14 tygodni.

Czytaj więcej

Wojna na Bliskim Wschodzie to tylko chwilowe wsparcie dla budżetu Rosji

Średnio ekonomiści ankietowani przez „WSJ” prognozują, że PKB skorygowany o inflację wzrośnie o 2,1 proc. rok do roku w czwartym kwartale. To nieznaczny spadek w porównaniu z 2,2 proc. prognozowanymi w styczniu. Oczekują oni, że stopa bezrobocia wyniesie 4,5 proc. w grudniu – dokładnie tyle samo, ile oczekiwano w styczniu, jeszcze przed wojną. Ekonomiści stali się jednak bardziej pesymistyczni co do inflacji. Oczekują, że wzrośnie ona do 2,9 proc. w grudniu. W styczniu oczekiwali bardziej umiarkowanego wzrostu o 2,6 proc.

Analitycy Goldman Sachs niedawno podwyższyli prawdopodobieństwo recesji w USA do 30 proc. Ekonomiści firmy EY Parthenon oceniają je na 40 proc., eksperci Wilmington Trust na 45 proc., a Moody’s Analytics szacuje je aż na 48,6 proc. Agencja Bloomberga ocenia natomiast prawdopodobieństwo recesji w USA na poziomie 25 proc. Mediana zebranych przez nią prognoz analityków sugeruje, że amerykański PKB urośnie w tym roku o 2,4 proc. Poszczególne prognozy wahają się natomiast od 1,2 proc. (Kennesaw State University) do 4,3 proc. (EconForecaster oraz IDEAglobal). Zapewne wiele z nich zostanie w nadchodzących tygodniach skorygowanych, jednak wciąż wygląda na to, że USA mają spore szanse na uniknięcie recesji.

– Jeśli konflikt na Bliskim Wschodzie będzie się utrzymywał, a ceny ropy pozostaną wysokie, należy oczekiwać, że dopiero rozpoczynające się ożywienie w przemyśle wytwórczym ulegnie zatrzymaniu. Powrót do głębokiej zapaści, w jakiej sektor znajdował się w latach 2022–2023, wydaje się jednak mało prawdopodobny. Opóźnione efekty luźniejszej polityki pieniężnej powinny nadal zapewniać wsparcie, natomiast rozbudowa centrów danych, która napędza silny wzrost w specjalistycznych sektorach high-tech przemysłu, powinna – naszym zdaniem – być w dużej mierze odporna na wyższe ceny ropy. Ponadto wcześniejsze inwestycje, wspierane ustawami takimi jak Ustawa o Redukcji Inflacji i Ustawa CHIPS, zaczynają już teraz zwiększać krajowe moce produkcyjne. Dzięki temu Stany Zjednoczone mogą zaspokajać nieco większą część własnego popytu samodzielnie, zamiast polegać na imporcie z Azji – prognozuje Ryan.

Reklama
Reklama

Analitycy zwracają również uwagę na to, że gospodarka amerykańska jak na razie była dosyć odporna na różne wstrząsy. W ograniczonym stopniu wpłynęła na nią choćby seria konfliktów handlowych.

– Biorąc pod uwagę trwającą wojnę na Bliskim Wschodzie, gwałtownie rosnące ceny ropy, wysokie cła, sztuczną inteligencję oraz surowe ograniczenia imigracji, warto zauważyć, jak odporna była dotychczas gospodarka USA. Nie wolno nam jednak brać tej odporności za pewnik – uważa natomiast Bernard Baumohl, analityk z Economic Outlook Group.

Wyniki spółek z S&P 500 nadal mogą solidnie rosnąć

Mimo że wojna na Bliskim Wschodzie wstrząsnęła w tym miesiącu rynkami, niektórzy inwestorzy wciąż mocno wierzą w siłę amerykańskich spółek. Co prawda nowojorskie indeksy giełdowe też zostały dotknięte w ostatnich tygodniach przeceną, ale S&P 500 pod względem technicznym nie wszedł nawet w korektę. Michael Wilson, strateg banku Morgan Stanley, zwraca uwagę, że prognozowany wzrost zysków spółek z indeksu S&P 500 ma sięgnąć w ciągu najbliższych 12 miesięcy 20 proc. Nigdy nie był on tak silny poza okresami, w których gospodarka wychodziła z recesji. - To wspiera nasze stanowisko, że jest niskie prawdopodobieństwo tego, że wzrost cen ropy zakończy cykl biznesowy - uważa Wilson. Do optymistów należą również stratedzy Barclaysa we wtorek podnieśli swój tegoroczny cel dla indeksu S&P 500 oraz prognozę zysków spółek wchodzących w jego skład, wskazując na siłę amerykańskiej gospodarki i wysokich lotów spółek technologicznych. Analitycy szacują średnio, że spółki z indeksu S&P 500 zwiększą swoje zyski o 11,9 proc. w ciągu pierwszego kwartału – wynika z danych zebranych przez Bloomberg Intelligence. Przed wybuchem wojny spodziewali się oni średnio wzrostu zysków o 10,9 proc. Optymizm co do wyników spółek (będący przez większość ostatniej dekady był fundamentem hossy na Wall Street) częściowo wyjaśnia odporność indeksu S&P 500 na wojnę bliskowschodnią. To daje „bykom” powód, by nadal pozytywnie patrzyli na amerykańskie akcje, mimo rosnącego ryzyka geopolitycznego, zakłóceń związanych ze sztuczną inteligencją oraz napięć na rynku kredytu prywatnego. Ten optymizm nie jest pozbawiony ryzyka. Jeśli ropa będzie kosztowała 110 USD za baryłkę przez resztę roku, to prognozy zysków dla spółek z S&P 500 mogą spaść nawet o 5 punktów procentowych – mówią wyliczenia analityków JPMorgan Chase. HK

Czy republikanie skazani są na porażkę w wyborach do Kongresu?

Demokratka Emily Gregory zwyciężyła nad republikaninem Jonem Maplesem w wyborach uzupełniających do Izby Reprezentantów stanu Floryda. Mało kto by pewnie zwrócił na to wydarzenie uwagę, gdyby nie to, że reprezentantka demokratów zwyciężyła w okręgu wyborczym obejmującym m.in. rezydencję prezydenta Trumpa, który wspierał jej kontrkandydata. W wyborach z 2024 r. republikanie mieli tam dużą przewagę. (Trump uzyskał 10 proc. przewagi, a republikański stanowy kongresmen Mike Caruso aż 19 proc. przewagi.) Zwycięstwo demokratki w takim okręgu zostało więc uznane za kolejny sygnał tego, że w listopadzie republikanie mogą przegrać wybory „połówkowe” (tzw. midterms) do Kongresu. Obecnie republikanie mają 218 mandatów w Izbie Reprezentantów, a demokraci 214. Portal 270toWin wskazuje, na podstawie wyników sondaży, że po listopadowych wyborach, republikanie będą na pewno mieć co najmniej 183 miejsca w Izbie Reprezentantów. Zdobycie kolejnych 19 miejsc jest przez nich bardzo prawdopodobne, a 4 dosyć prawdopodobne. 18 wyścigów wyborczych jest dosyć niepewnych. W przypadku wyborów do Senatu, 44 mandaty republikańskie wydają się całkowicie „bezpieczne”. Wygrana kolejnych 13 przez republikanów jest bardzo prawdopodobna, a dwóch dosyć prawdopodobna. Cztery wyścigi wyborcze są obecnie trudne do przewidzenia. Wygląda więc na to, że republikanie mają poważne szanse na obronienie większości w Senacie, ale jest duże ryzyko tego, że stracą większość w Izbie Reprezentantów. Z reguły większą szansę zwycięstwa w wyborach „połówkowych” ma partia będąca w opozycji do aktualnie rządzącego prezydenta, zwłaszcza jeśli prezydent ma słabe poparcie w sondażach. W marcowym, sondażu CNN aprobata dla działań prezydenta Donalda Trumpa wynosiła 39 proc. , czyli tyle samo, co w lutym, a wojna jak dotąd niemal nie zmieniła tego wskaźnika. HK

Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama
Reklama