Obawiam się jednak, że w niewielkim stopniu przełoży się on na realne zwiększenie poziomu oszczędności i inwestycji w Polsce. Głównym problemem nie jest u nas brak instrumentów czy systemów, ale brak wolnych środków, co w dużej mierze wynika z konstrukcji systemu podatkowo-składkowego. Już przy nieznacznym przekroczeniu średniego wynagrodzenia państwo zabiera ponad 50 proc. całkowitego kosztu pracy właśnie tym osobom, które po zaspokojeniu podstawowych potrzeb mogłyby zacząć poważniej myśleć o odkładaniu na przyszłość.
Znacznie większy wpływ na wzrost inwestycji miałaby strategia wspierania budowy majątku klasy średniej, zamiast traktowania jej wyłącznie jako dojnej krowy dla budżetu. Gdyby tej grupie zostawić więcej pieniędzy w portfelu, efekt dla poziomu oszczędności i zainteresowania rynkiem kapitałowym byłby, moim zdaniem, większy niż w przypadku OKI. Warto zauważyć, że model niskich podatków i niższych składek (ZUS, zdrowotna) funkcjonuje w praktyce dla jednoosobowych działalności gospodarczych, w tym wolnych zawodów (lekarze, prawnicy itd.) - i to właśnie tam widać najszybszy przyrost majątków i oszczędności. Trudno o lepszy przykład, jak system podatkowo-składkowy może pozytywnie wpływać na poziom osobistych inwestycji/oszczędności - nic tylko go skopiować dla pozostałych Polaków. O klasie średniej na etatach de facto zapomniano (choć może powinienem powiedzieć inaczej - pamięta się o niej bardzo dobrze, gdy trzeba docisnąć jakąś grupę - patrz zmiany w składce zdrowotnej kilka lat temu), czego efektem jest jeden z najniższych w Europie wskaźników oszczędzania. OKI tego nie odwróci, a skala ulgi podatkowej dla większości portfeli będzie relatywnie niewielka.
W pierwszych latach funkcjonowania OKI spodziewam się głównie transferu części środków (do 100 tys. zł na osobę) z istniejących rachunków maklerskich czy funduszy inwestycyjnych do nowego systemu, bez istotnego wzrostu łącznego poziomu oszczędności czy inwestycji Polaków. Niewiele osób zacznie inwestować tylko dlatego, że „zlikwidowano” (z limitem) podatek Belki, a przy obecnych stopach procentowych nie jest to nawet szczególnie atrakcyjna zachęta dla bezpiecznych form lokowania kapitału. Za kilka lat odpowiedni minister ogłosi sukces programu, pokazując miliardy zgromadzone na OKI, ale o ubytku środków na zwykłych rachunkach – tych bez ulg – raczej nikt nie wspomni. Pod tym względem OKI wypada gorzej niż PPK (mimo jego wad), bo w PPK faktycznie pojawiły się nowe pieniądze.
Znacznie ciekawszym rozwiązaniem wydaje się propozycja prezydenta: wprowadzenie kwoty wolnej od podatku Belki do 140 tys. zł, czy też alternatywnie zwolnienie z tego podatku zysków do 30 tys. zł (symetryczne wobec zwolnienia z PIT). Tymczasem każdy rząd chce mieć „swój” program - stąd najpierw PPK, teraz OKI - zamiast po prostu uatrakcyjnić istniejące rozwiązania, jak OFE, IKE/PPE czy IKZE. Biorąc pod uwagę, że obecne systemy wciąż są przez Polaków wykorzystywane daleko poniżej swoich możliwości oraz pamiętając, że „z pustego i Salomon nie naleje”, nie oczekuję, by OKI w istotny sposób podniosło poziom krajowych oszczędności czy inwestycji. Mimo wszystko, wprowadzenie OKI to wciąż lepsze rozwiązanie niż brak jakichkolwiek zachęt. Problem jednak w tym, że może zablokować na lata lepsze pomysły na pobudzenie inwestycji.