Zanim przeanalizujemy logikę powyższego stwierdzenia, przypomnijmy, czym jest opłata reprograficzna. Została wprowadzona w 1994 r. – w zamian za zezwolenie na kopiowanie do użytku własnego, na urządzenia umożliwiające powielanie (czy nośniki danych). Zebrane w ten sposób środki miały zostać przekazane twórcom jako rekompensata za utracone – wskutek właśnie kopiowania – dochody.
Moim zdaniem jest kilka problemów z wprowadzonymi zmianami:
– dostosowanie do realiów cyfrowych. W ubiegłym wieku często kopiowano muzykę, wielu kserowało książki czy filmy. Obecnie nie ma już jednak takiej potrzeby – powszechnie dostępne są serwisy streamingowe (np. Spotify/Legimi), a już na pewno mało kto będzie powielał za pomocą smartfona czy telewizora. Realia są dziś bowiem zupełnie inne niż w 1994 r. – zamiast problemu kopiowania (czyli utraconych przychodów artystów) ważniejsza jest dziś kwestia sprawiedliwego podziału dochodów z modeli platformowych. A tu twórca jest często na straconej pozycji;
– zwiększenie wsparcia dla twórców. Czy my wiemy, jacy twórcy dostaną wsparcie i na jakich zasadach? Kto będzie o tym decydował i według jakiego klucza – popularności, wpływów czy uznania środowiska? I najważniejsze: czy dostaną je ci, których treści są faktycznie kopiowane, czy raczej ci, którzy potrafią najskuteczniej poruszać się w systemie? Bo mi opłata reprograficzna wygląda na przychód, z którego największy pożytek będą miały instytucje go obsługujące („strażnicy praw autorskich”).
I to „po latach ustaleń”.
W latach 90. – erze kopiowania i lekkiego traktowania praw autorskich – idea opłaty reprograficznej była może i sensowna. Dziś zamiast zmieniać listę urządzeń jej podlegających, lepiej byłoby jednak zadać sobie pytanie, czy cały mechanizm ma jeszcze sens. Odnoszę też wrażenie, że to „po latach ustaleń” może też oznaczać, że ktoś mocno o zmiany walczył (pomimo oporu decydentów) i w końcu mu się udało. I oto otrzymaliśmy kolejną regulację według schematu „mocno rozproszony koszt nałożony na społeczeństwo, mocno skoncentrowany zysk niewielkiej grupki”.
Opłata reprograficzna jest „podatkiem” od możliwości kopiowania, bez względu na to, czy się to robi, czy nie. Czy coś nam to przypomina? Na podobnej zasadzie działa abonament RTV – opłata od możliwości oglądania TVP. Oba koszty łączy jedna rzecz: oderwanie od zachowania użytkownika. W obu przypadkach płacimy nie za to, co robimy, tylko za to, co teoretycznie moglibyśmy zrobić. To jak dodatkowa opłata przy zakupie nowego auta za potencjalne przekraczanie prędkości i związane z tym mandaty...